Wyprawa na Sardynię i Korsykę - lipiec/sierpień 2005

Termin: 16 VII - 6 VIII 2005   (22 dni)

Długość: 7070 km

 

Mapki: 

Trasa: 

Sardynia

Korsyka

Gdańsk - Stuttgart - Genua - Olbia - Arbatax - Nuoro - Villasimius - Costa Rei - Cagliari - Nora - Carbonia - Iglesias - Oristano - Su Nuraxi - Tharros - Sassari - Alghero - Castelsardo - Costa Smeralda - St. Teresa di Gallura - Bonifacio - Sartene - Propriano - Ajaccio - Corte - Porto - Les Calanches - Calvi - Desert des Agriates - Cap Corse - Bastia - Genua - Mediolan - Stuttgart - Osnabrück - Gdańsk

 

(po wskazaniu myszką ikonki zdjęcia, pojawi się jego opis)

 

Do góry

Dzień  1.     Gdańsk - Stuttgart

 

I znów ruszyliśmy na wakacje. Co prawda, pierwotne plany wakacyjne były dużo ambitniejsze i obejmowały wyprawę na... Ural! Jednakże z wielu przyczyn nie doszła ona do skutku. Wymarzona przeze mnie Norwegia niestety też musiała jeszcze odczekać. Tak więc poszukując miejsca, w którym jeszcze nie byliśmy, a które zachęca do odwiedzenia, nasz wybór padł na Sardynię. A jak na Sardynię, to przy okazji Korsykę.

Niestety z racji tego, że mieszkamy tam, gdzie mieszkamy, dotarcie w co bardziej atrakcyjne rejony Europy zajmuje zwykle trochę czasu. Dlatego też, ten dzień nie należał do szczególnie ciekawych - po prostu pierwszy etap podróży na wakacje.

Chociaż nie - zaowocował pewnymi obserwacjami: stojąc przed granicą, zauważyłem na dywaniku pod pedałami jakąś tłustawą plamę. Bliższe oględziny pokazały, że jest to płyn sączący się spod pedału sprzęgła. W niewielkich ilościach, bo zaledwie kilka kropel, ale zawsze.... Tym bardziej, że to był dopiero początek długiego wyjazdu, który z założenia miał obfitować w trudne trasy. Co było dalej? Nie uprzedzajmy faktów :-) Póki co, szczęśliwie dotarliśmy do miejsca "międzylądowania" czyli do Stuttgartu.


 

Do góry

Dzień  2.     Stuttgart - Genua

 

Nie śpiesząc się zbytnio, wyruszyliśmy ze Stuttgartu około południa. Ponieważ prom na Sardynię odpływał z Genui we Włoszech, zdecydowaliśmy się jechać przez Szwajcarię z pominięciem Austrii (bo po co płacić za dwie winietki na autostrady). Tu drobna uwaga - o ile Austriacy dają szansę turystom i oferują winietki 10. i 30. dniowe, Szwajcarzy się nie certolą i sprzedają winietki jedynie na cały rok za jedyne 28€ :-)

Faktem jednak jest, że po przejechaniu Szwajcarii, pobieranie tej opłaty przestaje budzić wątpliwości. Ten na wskroś alpejski kraj, musiał pobudować sporo górskich dróg obfitujących w tunele i wiadukty, które musiały kosztować morze pieniędzy i pewnie jeszcze się nie zwróciły. Jednak nie stanowi to żadnego usprawiedliwienia dla faktu, że jeździ się tam bardzo przykro: częste ograniczenia prędkości (np. na autostradzie 120 km/h) muszą być respektowane przez absolutnie wszystkich, z racji niesamowitego wprost natłoku fotoradarów (szczególnie w Zürichu). Stąd też przejechanie 350 km (w większości po autostradach) zajęło nam... ok. 4,5h!!! Zrobiło się nawet tak, że zaczęliśmy odczuwać presję czasu, że nie zdążymy na prom w Genui. Tym bardziej, że do czasu przejazdu trzeba doliczyć czas stracony na kontroli paszportowej na wjeździe i wyjeździe ze Szwajcarii, która przecież nie należy do Unii Europejskiej.

Koniec końców - dotarliśmy do Genui, gdzie bez żadnego problemu zaokrętowaliśmy się na prom.

Amatorom ostrej jazdy polecam dojazd do Genui autostradą A7. Ostatni jej kawałek wiedzie sporymi zakrętami ostro z góry do samego morza. Byłem tam pełen podziwu dla Włochów, którzy baaardzo odważnie i dużo szybciej niż ja (co trochę mnie irytowało), pokonywało zakręty z prędkością sporo większą od zdroworozsądkowej. Szczególne wrażenie wywarł na mnie leciwy Fiat Mirafiori, którym dwoje młodych Włochów z piskiem opon wyprzedzało wszystkie inne auta, łącznie ze sportowymi coupe :-)

Swoją drogą - Genua widziana z dość wysokiego pokładu promu, sprawia wrażenie bardzo ładnego, amfiteatralnie rozłożonego nad zatoką miasta. Niestety nie dane było nam jej obejrzeć bliżej.

A na promie, jak to na promie, bez żadnych wygód, tylko z materacem i śpiworem umościliśmy się na górnym pokładzie w bezpośrednim sąsiedztwie komina. Miało być zacisznie i miło. Miało :-) Bo okazało się, że komin pluł sadzą, co skończyło się tym, że nasz materac i śpiwór był umorusany jak górniczy drelich. No i okazało się, że miły zefirek, który schładzał nas w porcie, na otwartym morzu przerodził się w tak silny wiatr, że mieliśmy trudności z utrzymaniem na sobie śpiwora :-) Także ten sen, to było takie bardziej udawanie niż odpoczynek...


 

Do góry

Dzień  3.     Olbia - Arbatax

Genueńska wieża obserwacyjna

Moja ulubiona forma "aktywnego wypoczynku"

Plaża na "naszym campingu"

"Rocca Russo" w Arbatax

Wiatr się chyba uspokoił, bo zasnęliśmy snem sprawiedliwego i ok. 6 rano obudził nas komunikat z głośnika, że zbliżamy się do portu. Tyle, że okoliczności do tego nie pasowały - zamiast słonecznego poranka, znajdowaliśmy się w lepkiej, wilgotnej mazi, która ograniczała widoczność do kilkuset metrów.

Taaa - Sarydnia, gorąca kraina słońca... Żarty jakieś chyba...

No ale nie mieliśmy wyboru - nie mogliśmy nie zacząć urlopu. Ze średnimi humorami zjechaliśmy w Olbii z promu i nie zamierzając jej zwiedzać, pojechaliśmy na południe. Gdy tylko znaleźliśmy jakiś otwarty bar, zatrzymaliśmy się na espresso (jak oni to robią, że nawet w podrzędnym barze smakuje wyśmienicie?!) i rogalika, aby poczekać na rozwój sytuacji. Rozwój nastąpił i to w oczekiwanym kierunku, mianowicie słońce w końcu przebiło się przez chmury i rozgoniło je tak, że nie pozostał po nich nawet cień.

Ten dzień przeznaczaliśmy na odpoczynek, więc rozpoczęliśmy poszukiwanie odpowiedniego campingu nad morzem. Dojechaliśmy w ten sposób do Cala Ganone, miejsca reklamowanego w przewodniku, jako posiadającego piękną plaże i nadmorskie groty, do których organizowane są wycieczki. Niestety - mimo, że miejsce faktycznie wyglądało ciekawie, miało camping w środku miasta, przy przelotowej ulicy, więc niestety zostało skreślone, a my pojechaliśmy dalej. Stroma droga wyprowadziła nas w góry, mieliśmy więc okazję przyzwyczaić się do jazdy w normalnych wyspiarskich warunkach, czyli nie przekraczając średniej 50 km/h.

Tu warto rozwinąć wątek płynu sączącego się spod pedału sprzęgła. Otóż po rozmowie telefonicznej z serwisem w Polsce, miły pan powiedział mi, że może to być właściwie wszystko, łącznie z pompą wspomagania sprzęgła, ale mam się nie przejmować ubytkiem płynu, bo... jest to płyn hamulcowy zasilający zarówno układ hamowania jak i układ sprzęgła i w-razie-jakby-co, mam obserwować jego poziom i ew. dolać trochę... Niezła perspektywa - 2 tygodnie jeżdżenia po górach z chylącym się ku usterce sprzęgłem oraz wyciekającym płynem hamulcowym! A na dodatek przy pokonywaniu kolejnych ostrych zakrętów, szczególnie lewych, z układu kierowniczego zaczął wydobywać się jakby syk sprężanego powietrza czy czegoś innego. Oczywiście cały wyjazd skończył się szczęśliwie i bezusterkowo, ale niestety poczucie że coś jest nie-tak, towarzyszyło mi przez cały wyjazd, mącąc nieco urlopu nastrój :-( Warto jedynie dodać, że po powrocie do Polski, pompa sprzęgła została wymieniona.

No ale do rzeczy - pokonując kolejne wzniesienia bardzo malowniczego odcinka między Cala Ganone a Arbatax, dotarliśmy do campingu Telis. I muszę powiedzieć, że podczas całego wyjazdu nie udało nam się trafić na lepszy. To był po prostu strzał w dziesiątkę! Położony w małej zatoczce, z ciepłą, krystalicznie czystą, szmaragdową wodą był wymarzonym miejscem. Idealnym wręcz, aby resztę dnia spędzić na leżaku smażąc się na plaży... Mmmmm :-) Taka właśnie forma aktywnego wypoczynku odpowiada mi najbardziej :-)

Pierwsza obserwacja - na krańcu jednego z cypli otaczających naszą zatoczkę stały ruiny obserwacyjno-obronnej wieży genueńskiej (powstałej w czasach, kiedy Sardynia była pod panowaniem Genui). Okazało się, że po całym brzegu Sardynii rozsiane są takie wieże, a z każdej z nich widać co najmniej jedną inną. Taka cecha charakterystyczna wyspy...


 

Do góry

Dzień 4.     Arbatax - Nuoro - Orgosolo - Arbatax

Narodowy sport - strzelanie do znaków drogowych

Okolice Nuoro - widok z Mt. Ortobene

Kaktusy w butach-doniczkach

Jak w amerykańskim filmie drogi :-)

Brama do nikąd

"Strażnik" Orgosolo

Jedno z grafitti w Orgosolo

Tego dnia chcieliśmy objechać kawałek górzystej Sardynii. Obraliśmy sobie zatem marszrutę poprzez góry Barbagii, poprzez największe miasto regionu Nuoro, górę Monte Ortobene oraz szereg pomniejszych wioseczek: Oliena, Orgosolo, Mamoiada, Fonni.

Ruszyliśmy znów przez góry, aby dotrzeć do jednego z większych miast Sardynii - Nuoro. Po drodze przejechaliśmy się jeszcze przez wzmiankowaną w przewodniku miejscowość Oliena, ale jakoś nie zaciekawiła nas na tyle, żeby w ogóle wysiadać z samochodu. Wysiedliśmy z niego dopiero w Nuoro i... spotkało nas lekkie zdziwienie. Wokół przemykały pojedyncze osoby, w samym centrum ruch samochodowy praktycznie nie istniał, miasto wydawało się być wyludnione, a przecież było godzina 13! Snując się po głównej atrakcji miasta: ulicy-pasażu Corso Garibaldi próbowaliśmy dociec o co chodzi... W końcu są to Włochy, gdzie głęboko zakorzeniona jest tradycja sjesty, ale żeby aż tak?! Potem okazało się jednak że aż tak... W wielu innych miastach, w których zdarzało nam się być we wczesnopopołudniowych godzinach, natykaliśmy się na podobne obrazki - wyglądały jakby były opuszczone i wyludnione, aby ożyć wieczorami. A wracając do miasta - jakoś nic nas tam nie zachwyciło, no może z wyjątkiem wypitego  espresso (Jak zawsze fantastycznego. Jak oni to robią?! W końcu to zwykły ekspres ciśnieniowy i zwykła kawa...). Obok Nuoro natomiast znajduje się spore wzniesienie Monte Ortobene, które jest celem procesji w Święto Odkupiciela. Na szczycie wzgórza znajduje się spora figura Chrystusa wspartego o krzyż, ale największą atrakcją jest jednak widok jaki roztacza się ze szczytu. Wzniesienie sąsiaduje bowiem z górami, jednak nie są one na tyle wysokie, żeby nie widać było morza, podczas gdy najbliższe sąsiedztwo wokół Monte Ortobene jest wypłaszczone. Zaiste - piękny widok...

Z Nuoro, a raczej Monte Ortobene, pojechaliśmy w kierunku gór, a dokładnie miasteczka Orgosolo. Miejscowość na pierwszy rzut oka nudnawa i mało ciekawa, kryje w sobie sporo niespodzianek. Już przy drodze dojazdowej zauważyć można ciekawostkę - przydrożny głaz zamalowany farbami tak, że tworzy na wpół przysłoniętą twarz, która czujnym, podejrzliwym spojrzeniem "przygląda się" każdemu przejeżdżającemu samochodowi. A samo miasteczko okazuje się być pełne graffiti czy też murales. Sporo domów przyozdobione jest malunkami (całkiem znośnymi - nie żadnymi bazgrołami!). Większość z nich ma wymowę antywojenną i nawiązuje do całkiem aktualnych wydarzeń, np. atak na WTC 11 września 2001 czy plac Tiananmen w Pekinie. Okazało się, że tematyka tych malowideł dość silnie wiąże się z mroczną historią tego miasteczka, które kipiało przemocą jeszcze nie tak dawno temu. Otóż - na Sardynii, a w tym rejonie w szczególności, dość mocno zakorzeniona była tradycja odpłacania pięknym-za-nadobne, czyli po prostu zemsty. Powodowało to, że skłócone ze sobą rody wyrzynały się w pień po kolei. Dowodem tego, jest tablica pamiątkowa na jednym z końców głównej ulicy miasteczka, ku czci ofiar tych bratobójczych pojedynków: mimo, że na tablicy widnieje kilkadziesiąt osób, nazwisk jest tylko kilka i powtarzają się z kolejnymi imionami... Podobno (wg przewodnika Pascala), w szczytowym okresie porachunków, w tym kilkutysięcznym miasteczku, co 2 miesiące popełniane było morderstwo... Piętno tamtych czasów da się wyczuć w miasteczku i jego mieszkańcach. Zresztą, gdy zapytałem kilku zażywnych staruszków, którzy spędzali czas na siedzeniu na ławce i przyglądaniu się przechodzącym turystom oraz na wybuchających od czasu do czasu głośnych sporach, czy mogę zrobić im zdjęcie, jeden z nich zasłonił nerwowo twarz dłońmi, podniósł się i ostro ruszył w moim kierunku, głośno wyrażając swój sprzeciw. Czyżby więc miał coś na sumieniu?... Gdy w Orgosolo porachunki były na porządku dziennym, facet musiał mieć około 30-tki... Pasowałoby...

Inne miasteczka, przez które przejechaliśmy w drodze powrotnej na camping, czyli Mamoieda i Fonni okazały się mniej atrakcyjne i na tyle senne, że nasze zwiedzanie ograniczyło się do ich objechania samochodem. Natomiast powrót do Arbatax przez góry Barabagii wiódł bardzo malowniczą drogą. A góry, choć niewysokie, sprawiają wrażenie odludnych. I takich jakby niedostępnych, mało przyjaznych...

No a po powrocie na camping, tradycyjnie - nury w ciepłym morzu, potem hamaczek z zimnym piwkiem, aby wieczorem wciągnąć kolejnego melona zapijanego białym musującym winem. Mmmmm... :-)

Kolejna obserwacja - wiele dróg na Sardynii obsadzonych jest oleandrami (dla tych co się mniej znają - to takie wielkie krzewy piwonii :-). Bardzo sympatycznie to wygląda - jedzie się drogą, która jest jakby aleją wśród kwiatów. Tyle, że z tymi oleandrami trzeba uważać - sok wydzielający się z przeciętej łodygi jest silnie trujący. Ot co!


 

Do góry

Dzień  5.     Arbatax - Costa Rei - Villasimius - Cagliari - Nora

Bastion San Remy w Cagliari

Wewnątrz bastionu San Remy

Są kształty doskonałe, których poprawić się nie da...

"Różowy drób" czyli flamingi na lagunie opodal Cagliari

Nasz camping był tak uroczy, że naprawdę żal nam było zbierać się z Arbatax... Ale cóż - ciekawość, co też pojawi się za następnym zakrętem, zwyciężyła. Zamiast leżeć brzuchem do góry - zwinęliśmy nasz dom (i hamak :-) i pojechaliśmy dalej; na południe, wzdłuż zachodniego wybrzeża.

W ten sposób dotarliśmy do Costa Rei, terenu, który nie wiedzieć czemu jest mało reklamowany. Aż dziwne: przepiękny, kilkunastokilometrowy pas szerokiej piaszczystej plaży (choć ja osobiście preferuję kamieniste, a nawet skaliste, bo wówczas więcej widać przez maskę podczas nurkowania :-), łagodnie schodzący ku lazurowym wodom Morza Tyrreńskiego. Costa Rei kończy się pięknym cyplem, na którym umościła się sympatyczna miejscowość wypoczynkowa Villasimius. Ten rejon to kolejne miejsce na Sardynii, gdzie z czystym sumieniem zarekomendowałbym wypoczynek (choć i tak nie przebije campingu Telis w Arbatax :-)

Ale my podążyliśmy dalej - w kierunku stolicy wyspy: Cágliari (uwaga: akcent na pierwsze "a" :-). Duże miasto, ulokowane na płaskim terenie, otoczonym lagunami zamieszkanymi przez flamingi (poważnie! widzieliśmy całe stada na własne oczy!), nie przypadło nam do gustu. Głównie ze względu na to, że jak na stolicę wyspy było... zbyt prowincjonalne. Mimo, że stosunkowo duże, jakoś trąciło klimatem miasta powiatowego, tym bardziej, że słabo oznakowane. Ale to nasze subiektywne zdanie i nie znaczy to, że nie należy go odwiedzić. W Cagliari, główną atrakcją jest osadzone na skalistym wzniesieniu ufortyfikowane stare miasto, którego najbardziej znanym elementem jest bastion San Remy, z którego rozpościera się ciekawa panorama miasta, morza oraz otaczających lagun.

Poza tym, pozostałości amfiteatru z czasów rzymskich (całkiem sporego, ale co z tego: amfiteatr został zabudowany sceną i ławkami i ciężko w nim rozpoznać oryginał) oraz podobno bardzo ciekawy ogród botaniczny (dla fanatyków). Nic więcej jakoś nas nie zaciekawiło. Może trzeba tam pomieszkać trochę, aby poczuć lokalne smaczki i odnaleźć atrakcje miasta... My pojechaliśmy dalej...

Droga z Cagliari na południe wiedzie (jak już się na nią uda trafić, co w związku z brakiem oznaczeń nie jest takie proste i oczywiste :-) przez groblę-most nad jedną z lagun. Ileż tam było tego różowego drobiu!!! (chodzi o flamingi)  Zupełnie jak na Florydzie - pamiętacie czołówkę serialu "Policjanci z Miami", w której pojawiało się zbliżenie brodzących w wodzie flamingów? Niestety poza flamingami, otoczenie nie było bardzo atrakcyjne: woda w lagunach nie należała do najczystszych, tuż obok, na redzie stało całkiem sporo statków, a kilka kilometrów dalej, w mieście, którego już sama nazwa - Sarroch - zwiastuje coś industrialnego, znajduje się olbrzymia rafineria. Swoją drogą, przetwarza ona libijską ropę, ale cóż się dziwić - z Sardynii bliżej jest do Afryki niż do kontynentalnej części Włoch...

W poszukiwaniu campingu (uwaga - w południowej części wyspy nie ma ich wiele i nie są zbyt ciekawe), trafiliśmy w końcu na camping w rejonie miejscowości Domus de Maria. Z dość ładną plażą, obok której na cyplu stała - oczywiście - wieża genueńska, ale niestety dość zatłoczony. No i niestety nie było tam poletek przypisanych turystom, a miejsca przydzielał Sardyńczyk, który był strasznie przejęty swoją funkcją: na nic zdały się próby rozstawienia namiotu w miejscach, które nam się podobały. Pewny siebie gość o imieniu Marcello wydukał z siebie że on jest responsible (za wskazywanie miejsc) i sam wskazał nam 3 miejsca, w których mogliśmy się rozbić. Nie muszę dodawać, że miejsca należały do tych co bardziej beznadziejnych. Cóż - nawrzucałem mu po polsku, co o nim myślę, ale jakoś się nie przejął. A my jak niepyszni rozbiliśmy jednak namiot, bo było już zbyt późno na szukanie kolejnego campingu.


 

Do góry

Dzień  6.     Nora - St. Antioco - Carbonia - Iglesias - Oristano

Starożytna Nora

Flaga Sardynii

Sardyńska rogacizna samopas

Zwinęliśmy się szybko, żeby nie dawać Marcello satysfakcji, że może nam coś nakazać. Ale on i tak pochłonięty był już czymś zupełnie innym: właściciel jednego z camperów, miał spore trudności z ustawieniem anteny swojego telewizora, no a Marcello czuł się w obowiązku doradzić, przynieść drabinę, etc.

Na pierwszy ogień tego dnia poszła Nora, czyli ruiny miasta, które zamieszkiwane było kolejno przez Fenicjan, Kartagińczyków i Rzymian. Po przyjeździe i uiszczeniu słonej opłaty za wstęp, poczuliśmy się trochę wystrychnięci na dudka, ruiny były bowiem faktycznie zrujnowane :-), a sam teren wykopalisk - niewielki; jedynie malutki amfiteatr i kilka żłobkowanych kolumn jest dowodem, że miejsce to było kiedyś lokalnym centrum. No ale cóż - w końcu wyjazdy do Włoch i Grecji, gdzie byle wioska ma ruiny jakiejś agory widocznie nas rozbestwiły... Jaka wyspa, takie zabytki :-) Obiektywnie trzeba jednak przyznać, że miejsce jest fajne, choć myślę, że ładniejsze i przyjemniejsze jest Tharros, o którym kilka słów za czas jakiś. I jeśli zamierza się być w rejonie Oristano, to chyba lepiej wybrać się właśnie do Tharros.

Potem pojechaliśmy w miejsce, które zachęciło nas w trakcie studiowania mapy - mowa o pół/wyspie St. Antioco. Kiedyś była to wyspa, ale usypano do niej groblę i teraz jest traktowana bardziej jak półwysep. Niestety - nasze przewidywania tym razem się nie sprawdziły: samo miasteczko jest nawet sympatyczne (szczególnie przypadł nam do gustu bulwar przy sporej marinie oraz jedna z głównych ulic obsadzona tak szczelnie gęstymi drzewami, że w ich cieniu było wręcz ciemno!), ale jego otoczenie w postaci portu oraz kilku większych zakładów przemysłowych nie było jakoś szalenie ciekawe. Miasto słynie głównie z pozostałości fenickiego cmentarzyska zwanego tophet, ale my jakoś nie mieliśmy ochoty oglądać jakichś glinianych doniczek (tak to przynajmniej wyglądało przez płot), nad którym archeolodzy rozpływali by się ze szczęścia...

Ciekawe za to było południowe wybrzeże, wzdłuż którego jechaliśmy do St. Antioco. Mnóstwo malutkich piaszczystych zatoczek, wciśniętych między skały, a do tego lazurowe morze. Przepięknie! Co prawda dojazd do większości z nich był mocno utrudniony (brak dróg, skały), ale sporo było również takich, na które można się było dostać. Te drugie można było z daleka rozpoznać po samochodach parkujących na wąziutkim poboczu, wręcz przytulających się do skał. Wybrzeże to nazywa się Costa del Sud i nie jest jakoś zagospodarowane turystycznie (nie ma tam również campingów) - a myślę, że szkoda...

Kolejnymi punktami programu na ten dzień był przejazd przez miasta: Carbonia i Iglesias. Obydwa leżą w pd-zach części wyspy, która obfitowała w węgiel. Dlatego też oba mają charakter bardzo przemysłowy. Co nas więc do nich ciągnęło? Ano to, że Carbonia została wybudowana na polecenie Duce, nosiła zatem wszelkie znamiona faszystowskiej architektury: zbudowane z rozmachem szerokie ulice krzyżujące się pod kątem prostym i surowe, wielkie budynki administracji (często z kolumnami), a wszystko to jakby za duże i nie pasujące do potrzeb niewielkiego miasta... Dość odpychające... Ale na swój sposób ciekawe!!!

Z kolei nasze zamiłowanie do Miejsc Atrakcyjnych Inaczej spowodowało, że nie mogliśmy pominąć Iglesias. Miasto którego już sama nazwa brzmi jakoś tak hiszpańsko, faktycznie przez wiele lat znajdowało się w obszarze wpływów Katalonii. Znakiem tego jest obfitość kościołów. Podobno... Bo nam udało się dostrzec tylko dwa. Ale główną atrakcją Iglesias jest nie tyle samo miasto, ale jego sąsiedztwo. Otóż jeszcze kilkadziesiąt lat temu było ono centrum wydobycia węgla i góry wokół miasta podziurawione są jak rzeszoto szybami kopalń. Jest ich naprawdę mnóstwo! No ale cóż - podobnie jak z Gorączką Złota tak i tu któregoś dnia węgiel po prostu się skończył... Miasto opustoszało a kopalnie popadły w ruinę. Choć część z nich można chyba zwiedzać - my też podjechaliśmy pod jedną z nich, gdzie na jednym z okien był napis "Biglieteria". Ale byliśmy tam jedynymi turystami, a obsługą było trzech niedogolonych Włochów - przepraszam: Sardyńczyków - którzy nie wyglądali zbyt przyjaźnie. Stąd też tym razem ciekawość przegrała z obawami.

Niestety, jakoś się zagapiliśmy i nie udało się zrobić żadnego zdjęcia tamtego rejonu. Pojechaliśmy za to dalej - na północ, wzdłuż zachodniego wybrzeża. Aby się dostać do wybrzeża, musieliśmy się jednak najpierw przebić przez góry. Mimo, że nie wysokie, to strasznie męczące, bo droga wiodła serpentynami to w górę, to w dół. W pewnej chwili mieliśmy już naprawdę dość. I tu ciekawostka - nagle, w jednym z mijanych miasteczek, oczom naszym ukazało się... biuro informacji turystycznej! W rejonie, który nie wyróżnia się niczym szczególnym i nie ma w nim zbyt wielu turystów! I kiedy Moja Pierwsza Żona (jak zawsze nalegająca na dopisek ...i Jedyna... :-) dopytywała się gdzie jest najbliższy camping nad morzem, ja wdałem się w rozmowę z zażywnym staruszkiem, który patrząc na rejestrację naszego samochodu zapytał:

- Polacco?

- Si - odparłem zgodnie z prawdą

Wówczas zaśmiał się i rzucił z dumą:

- K...WA!

Co miałem robić - uśmiechnąłem się, żeby mu nie robić przykrości, ale on był już tak z siebie dumny i zadowolony, że i tak nic nie byłoby go chyba w stanie wytrącić z tego nastroju... Cóż...

A my, zgodnie z zamierzeniami i wskazówkami Biura Informacji Turystycznej udaliśmy się w kierunku Oristano. Zanim do niego dotarliśmy przejechaliśmy przez równinę łudząco przypominającą nasze Żuławy: płasko jak okiem sięgnąć, co jakiś czas kanały, mokro i morze niedaleko. Utkwiły mi stamtąd w pamięci secesyjne (chyba?) domy w miejscowości Arborea , stojące jeden za drugim wzdłuż kanału obok którego biegła droga. Obok nich małe rozpadające się chałupinki, a tu ni stąd ni zowąd takie domiszcza. Ot ciekawostka.

No ale dotarliśmy w końcu na camping za Oristano, który okazał się być nieźle "wypasionym". I co ciekawe - wykupienie miejsca wiązało się z prawem do zajęcia piazzoli, czyli małego poletka (często ogrodzonego małym żywopłotem, krzaczkami lub płotkiem), które było do wyłącznej dyspozycji biwakujących. System obowiązywał właściwie na wszystkich campingach, które do tej pory udało nam się odwiedzić na kontynentalnych Włoszech. Ale na Sardynii było to raczej niespotykane: większość campingów na wyspie funkcjonuje na zasadzie - zapłaciłeś, to rozbijaj się gdzie chcesz. No chyba, że camping zatrudnia takich gości jak Marcello, którzy sami wskazują miejsca. W każdym razie - camping Spinaker w Torregrande koło Oristano był na prawdę bardzo wygodny. Choć jego plaża znajdowała się na wprost redy portu w Oristano, więc kąpaliśmy się w towarzystwie zakotwiczonych opodal statków :-)


 

Do góry

Dzień  7.     Oristano - Su Nuraxi - Tharros - Oristano

Ta aureola, to niestety parasol plażowy :-(

Su Nuraxi

Perspektywa Su Nuraxi

Starożytne Tharros

Starożytne Tharros

Okolice Tharros

Stwierdziliśmy, że zrobimy sobie taki ulgowy dzień - po nieśpiesznym śniadaniu (jajecznica!) poczłapaliśmy na plażę. Tam oddaliśmy się wielce wyczerpującemu zajęciu polegającym na smażeniu się w słońcu przeplatanym kąpielą w ciepłym morzu.... Nuda... (może dlatego że morze, nie miało nic do zaoferowania, bo plaża była piaszczysta i nurkowanie mijało się z celem).

Koło 13 ruszyliśmy jednak "w świat", tym razem podążając ku jednej z największych atrakcji Sardynii: Su Nuraxi nieopodal miejscowości Barumini. Su Nuraxi jest największą, najbardziej znaną i możliwe, że najlepiej zachowaną pozostałością cywilizacji nuoroskiej zamieszkującej Sardynię (i tylko Sardynię!) ok. 1000 lat pne.  Kompleks składający się z fortecy otoczonej przez ruiny wioski był prawdopodobnie stolicą prehistorycznej Sardynii. Ciekawostką jest fakt, że cywilizacja ta tworzyła swoje budynki pierścieniowo: do głównego pierścienia z czasem przyrastały lub były nadbudowywane kolejne, a łączone były systemem ukrytych korytarzy i schodów. Takie małe, ale zmyślne wieżowce :-)

Zanim jednak dotarliśmy do Su Nuraxi, kluczyliśmy niemożebnie po bardzo lokalnych, zupełnie nieoznaczonych drogach, jadąc zupełnie "na azymut" i na nosa. Ale w końcu udało się! Tyle, że pogoda jakaś dziwna się zrobiła - mimo, że wciąż było dość gorąco, niebo zaciągnęło się stalowoszarymi chmurami. Zapowiadało się na sporą ulewę, która... jednak nie nadeszła...

W Su Nuraxi spotkaliśmy naszych rodaków, jednych z dosłownie kilku, jakich udało nam się dojrzeć na tej wyspie, jak widać niezbyt popularnej wśród Lachów. Była to para obieżyświatów, którzy będąc już w wieku któremu należy się szacunek, podróżowali bez własnego środka komunikacji polegając na publicznych środkach transportu typu "pekaes", pociąg, prom, czasem autostop. Dość niesamowite - tym bardziej, że akurat w przypadku Sardynii jest to spore wyzwanie - sieć połączeń kolejowych jest bardzo słaba, autobusy co prawda docierają w większość miejsc ale nierzadko są to jeden lub dwa dziennie, podczas gdy większość atrakcji Sardynii jest z reguły lekko na uboczu w stosunku do głównych miast i szlaków komunikacyjnych... Dlatego też byliśmy pełni podziwu dla rodaków, którzy poza ogromną wiedzą (np. nie wiedziałem że eukaliptusy sadzi się w miejscach wilgotnych po to, żeby je osuszyć) ujęli nas tym, że podobnie jak my, "rok bez Włoch uważają za stracony" :-). Postanowiliśmy im pomóc w powrocie z odludnego Su Nuraxi, podrzucając ich do najbliższej stacji kolejowej (jakieś 30 km, nie licząc tych spędzonych na poszukiwaniu samej stacji ;-).

Z ciekawostek - jeden z młodzieńców, którzy razem z nami zwiedzał Su Nuraxi miał na sobie T-shirta z dużym napisem "Puta Madre"... Cóż - wiek dojrzewania ma swoje prawa, ale nie sądzę, żeby w Polsce ktoś odważyłby się założyć koszulkę z napisem "K... mać"... A jakby założył, to chyba nie spodobałoby się to innym... Np. mnie...

Po powrocie do Oristano, pogoda wróciła do normy, więc zdecydowaliśmy się jeszcze na popołudniową wizytę na nieodległym cyplu Tharros, który sam z siebie jest ładny i oprócz wieży genueńskiej (no bo jak - cypel bez wieży?! :-) znajdują się na nim ruiny starożytnego miasta. Jak już wcześniej zaznaczyłem, Nora i Tharros, są dość do siebie podobne, z tym że nam bardziej przypadło do gustu Tharros. Może dlatego że byliśmy tam w nastrojowej porze zachodu słońca... Może dlatego, że jest tam kilka kolumn z doskonale zachowanym żłobkowaniem... Może też dlatego, że jest tam świetnie zachowana kamienna ulica, jako żywo przypominająca nam Pompeje... Czy też np. dlatego, że zagapiwszy się, weszliśmy do środka przez nikogo nie zatrzymywani, nieświadomi tego, że wstęp jest płatny i powinniśmy kupić wcześniej bilety :-)

Wieczorem natomiast spotkała nas dość nieprzyjemna niespodzianka - okazuje się, że na Sardynii również mieszkają komary, które jakoś wybitnie silnie uaktywniły się tego wieczoru :-(


 

Do góry

Dzień  8.     Oristano - Sassari - Alghero

Jeden z nuraghów rozsianych po wyspie

Bazylika Trinità di Saccargia koło Sassari

Bazylika Trinità di Saccargia

Katedra w Sassari

Jedna z głównych ulic starówki Sassari

Barchany suszące się w sardyńskim słońcu

I znów przyszło nam przemieścić się w inną część wyspy. Ruszyliśmy w kierunku drugiego co do wielkości miasta na wyspie - Sassari. Ale za nim do niego dotarliśmy, czekało nas jeszcze kilka atrakcji.

Pierwszą z nich było dość niespodziewane spotkanie z bardzo ładnymi wioskami, których nazw niestety nie pomnę, położonymi w zatoczkach pomiędzy stromymi, skalistymi klifami. Z mapy wychodzi, że było to gdzieś w okolicach Cuglieri. W jednej z nich (S'Archittu?) trafiliśmy na ładny deptak biegnący wzdłuż wybrzeża. Ładne miejsce na urlop... Może nie dla nas, obieżyświatów, ale tak ogólnie :-)

Potem pojechaliśmy do kolejnego nuraga: Nur St. Antine. Ten nurag, podobnie jak Sur Nuraxi znajdował się w szczerym polu i także trzeba było zapłacić kilka Euro za wstęp. Ale warto było - przede wszystkim dlatego, że choć było mniejszy i skromniejszy, to w odróżnieniu od Su Nuraxi można było go zwiedzać samopas a nie z przewodnikiem. A nurag jak nurag - fajny, z wieloma zakamarkami i dobrze zachowanymi "piętrami", pełnił w czasach swojej świetności rolę pałacu jakiejś grubszej ryby kultury nuorskiej.

Nasze dalsze kroki (o ile można tak mówić o podróży samochodem) skierowane były ku bazylice Santa Trinita di Saccargia, która rzeczywiście podniesiona jest do godności bazyliki, a jest o tyle ciekawa, że znajduje się w szczerym polu na przedmieściach Sassari. I nie jest to przesadą - wokół niej naprawdę nie ma żadnych zabudowań! Budowla w stylu pisańskim w charakterystyczne pasy ma dość ubogie wnętrze, ale z racji swego odosobnienia wydaje się być warta odwiedzenia. Nam się w każdym razie podobała. W szczególności, wewnątrz znajdował się dość ciekawy obraz jakiegoś anonimowego autora przedstawiający w dość nietypowej perspektywie Ostatnią Wieczerzę.

I tak dotarliśmy do Sassari, drugiego co do wielkości miasta na Sardynii. Samo takie stwierdzenie sugerowałoby, że miasto powinno być spore. No cóż - zawiedzeni nieco Cagliari nie spodziewaliśmy się jakiejś niespodzianki. I słusznie... :-) Miasto, choć rzeczywiście sporawe, nie powala. I choć jego dłuższy opis w przewodniku sugeruje, że ma jakieś-tam atrakcje, to wyludnione ulice (kto w tym kraju pracuje?!) sprawiały jakieś odpychające wrażenie. Włócząc się po zaułkach Sassari natknęliśmy się na ładną fasadę miejscowej katedry. Dość długo zajęło nam znalezienie wymienianych w przewodniku murów miejskich, które - i tu ciekawostka - zostały przerobione na kamienice! Taki sardyński model falowca (terminologia oczywista dla mieszkańców Trójmiasta; dla innych: falowiec - pot. blok mieszkalny o długości kilkuset metrów, w którym mieszka kilka tysięcy osób :-) I rzeczywiście - z jednej strony mury przypominają zwykłe kamienice, podczas gdy z drugiej są to rzeczywiste mury obronne, w których wykute zostały nowoczesne okna... Taka sobie ciekawostka... A o metropolitalnym-inaczej charakterze miasta świadczyć mogła para eleganckich barchanowych damskich majtek susząca się w śródziemnomorskim słońcu w oknie kamienicy przy jednej z głównych ulic :-)

Tak więc Sassari nie wywarło na nas jakiegoś szczególnego wrażenia, toteż pojechaliśmy dalej. I tak dotarliśmy do Alghero. Jednego z najpiękniejszych miejsc podczas tej wyprawy...

Miasto, którego już sama nazwa brzmi inaczej, było rzeczywiście inne. A zawdzięczało to długotrwałym wpływom hiszpańskim, czy też dokładnej - katalońskim. Związki z krainą el torro bravo (walecznego byka) są widoczne do dzisiaj - np. nazwy ulic są dwujęzyczne i pisane także po katalońsku :-) To już pełnia szczęścia - być w miejscu, które jest po trosze Włochami (ok: Sardynią!), a po trosze Hiszpanią (ok: Katalonią!). Ale związki z Hiszpanią są głębsze - przede wszystkim układ i architektura starego miasta faktycznie ma charakter bardziej hiszpański niż lokalny. Stare miasto de facto jest ukryte za potężnymi murami obronnymi chroniącymi je zarówno od strony lądu jak i morza. I jest po prostu fantastyczne! Ciasne zaułki, kamienne domy i kościoły (w szczególności kolorowy dach kościoła S. Michelle), ooooogromna marina i piękny, nadmorski deptak na murach miejskich, z mnóstwem knajpek zachęca do pozostania w tym mieście. Nas zachęcił na tyle skutecznie, że zdecydowaliśmy się tam pozostać na 2 noce.

No tyle tylko, że podobnie jak my myślało mnóstwo osób i na campingu La Mariposa, który znajdował się tuż przy plaży i niedaleko centrum, nie znaleźliśmy ŻADNEGO wolnego kawałka ziemi, na której zmieściłby się nasz namiot! Ale może to i lepiej, bo pojechaliśmy kawałek dalej, na camping Calik, gdzie mogliśmy sobie wybrać własny hektar pola namiotowego. I to w cieniu eukaliptusów. I jeszcze na dodatek mogliśmy bez problemu stanąć samochodem koło namiotu! Niezwykłe :-)


 

Do góry

Dzień  9.     Alghero

Schody "Escala del Cabirol" do Groty Neptuna

Ciężka praca na plaży...

Starówka Alghero

Kosciól St. Michelle w Alghero

Alghero

Wcześnie rano (czyli: ранном утром, choć to nie po włosku ;-) wyruszyliśmy do mocno zachwalanej atrakcji lokalnej - Groty Neptuna (Grotta di Nettuno), która znajdowała się na nieodległym cyplu Capo Caccia. Można się tam dostać dwojako - albo po emerycku - dopływając statkiem z Alghero, albo schodząc schodami. Tyle, że tymi schodami należało pokonać 120m przewyższenia. W dół było nieźle, w górę... nieco gorzej. Zresztą same schody są dość ciekawe i mają nawet swoją nazwę - Escala del Cabirol. O tym, co to za schody może świadczyć fakt, że budowano je od 1954 do 1963 roku! Wcześniej grota dostępna była jedynie z morza. A sama grota - no cóż. Fajna... Duża, z mnóstwem stalaktytów i stalagmitów, ładnie podświetlona, ale... chyba nie warta 10€ od osoby.

Mocno spoceni powrotem z groty do samochodu (te 120m po schodach w górę naprawdę może zmęczyć!), wróciliśmy na camping, aby po chwili wylądować na sąsiadującej z nim plaży. Niestety piaskowej, ale za to przyjemnej. I tam zajęliśmy się tradycyjnie ulubioną przez nas formą aktywnego wypoczynku, czyli... opalaniem się :-) A poważnie - wytrzymaliśmy tak kilka godzin, aby po południu ruszyć w miasto czyli do Alghero.

Najsampierw (ładne słowo, nieprawdaż?), jako że była to niedziela udaliśmy się na modły do lokalnej katedry. Tam ciekawostka - na ławkach rozłożone były kolorowe ulotki z.... przebiegiem mszy. Wezwania księdza, odpowiedzi wiernych, czytania, ewangelia... Ech... Ludziska idą na łatwiznę... Ale może sądzą, że powstrzymają w ten sposób odpływ wiernych od kościoła. Ich prawo tak sądzić. Z drugiej strony - w oczekiwaniu na rozpoczęcie ceremonii mszy byliśmy świadkami jak siedząca obok kobieta podeszła do idącego boczną nawą księdza i... poprosiła go o spowiedź, która odbyła się w formie zwykłej rozmowy twarzą w twarz, na stojąco i niekoniecznie szeptem... Cóż - co kraj, to obyczaj...

Potem poszliśmy kupować pamiątki - ja na ten przykład kupiłem sobie na pamiątkę 2 cygara Montecristo i 2 cygara Romeo&Julieta. Kosztowały więcej niż wszystkie inne pamiątki, które kupiliśmy tego wieczoru :-)

Włócząc się po Alghero byliśmy świadkami wejścia do portu jakiegoś gigantycznego jachtu. Nie był to żaglowiec (z rejami), ale taki zwykły dwumasztowy jacht-gigant. Po chwili część rufy przekształciła się w eleganckie schody, które załoga uzbroiła w chromowane poręcze (a co!). A przy wejściu zaczął krzątać się kelner z tacą i szampanem... Cóż - my pływamy po Mazurach i palimy ogniska, na których pieczemy kiełbasy, a inni pływają po M. Śródziemnym i w Alghero piją sobie szampana :-) Z tym, że szczerze mówiąc - nie wiem czy bym się zamienił...

A na koniec nadszedł czas na przepyszną kolację pochłoniętą w niespiesznym tempie na nadmorskim bulwarze (jak oni robią te steki wołowe, że im zawsze takie miękkie wychodzą?!) Po kolacji, zakończonej tradycyjnym cygarem, z niejakim zdziwieniem zauważyliśmy, że stosunkowo opustoszałe uliczki, które oglądaliśmy poprzedniego dnia, gęsto się zaludniły! Czyli faktycznie - życie zaczyna się tu po zachodzie słońca... W Polsce - o tej porze zwykle zamiera...


 

Do góry

Dzień  10.     Alghero - Castelsardo - Costa Smeralda

Castelsardo

"Roccia dell' Elefante"

Samotny nurag

I ruszyliśmy w dalszą podróż, której celem było domknięcie koła zatoczonego wzdłuż brzegów wyspy.

Przemierzając drogi północno-zachodniego wybrzeża Sardynii natknęliśmy się na bardzo miłe miasteczko Castelsardo. Silnie ufortyfikowane stare miasto, zajmuje szczyt nadmorskiej skały. Co prawda wdrapanie się nań (samochodem się nie da: zakaz ruchu) jest nieco męczące, szczególnie w 30-kilku stopniowym upale, bez szans na jakikolwiek cień, ale naprawdę warto! Ciasne zaułki, wąskie uliczki, kościół "pachnący" morską wilgocią, wygrzewające się leniwie koty, ładny widok na morze... Miło było się poszwendać...

Nieopodal miasteczka Castelsardo znajduje się jeszcze jedna atrakcja - Roccia dell' Elefante. Brzmi wyniośle, a w rzeczywistości jest to kawał skały łudząco przypominającej słonia. Niestety, dojazd do niej nie jest prosty, bo w odróżnieniu od tego co mówią mapy - skała znajduje się przy samej drodze, na WSCHÓD od Castelsardo... Aby tam dotrzeć najlepiej podpytać miejscowych, bo drogowskazów nie ma :-) A sama skała, mimo że niewielka, jest naprawdę śmieszna. I rzeczywiście: słoń jak malowany!

Spod Roccia dell' Elefante rozciąga się ładny widok na dolinkę, gdzie w szczerym polu stoi sobie kolejny nurag. Podjechaliśmy do niego i okazało się, że jest "bezpański" i zupełnie swobodnie (i za darmo!) można do niego wejść. Do wnętrza chyba też by się dało, ale że nie mieliśmy przy sobie latarki, nie ryzykowaliśmy. Tak czy inaczej - faktycznie pozostałości po kulturze nuorskiej w postaci nuragów jest na Sardynii dostatek :-)

Po południu zajechaliśmy jeszcze do miasteczka St. Teresa di Gallura w celu nabycia biletów na prom na Korsykę i pojechaliśmy szukać campingu. Z miasteczka, w którym oprócz ryneczku właściwie nic nie ma, widać już było zamglone kontury górzystej (oj górzystej!) Korsyki. No ale w końcu Sardynię i Korsykę dzieli jedynie 12 km...

Niestety na campingu troszkę się zawiedliśmy. Faktem jest, że wybraliśmy jeden z tańszych (w pobliżu Costa Smeralda, czyli wybrzeża między Olbią a St. Teresa, ceny campingów dramatycznie rosną - niektóre z nich każą sobie płacić za dobę do 50€ za 2 osoby, namiot i samochód!) koło miejscowości Palau. Jeśli chodzi o infrastrukturę, trudno było mu coś zarzucić, ale w wodzie było mnóstwo wodorostów, a opodal praktycznie non-stop kursował prom na jedną z sąsiadujących wysepek. Cóż - trudno! Przynajmniej hamak można było rozwiesić :-)


 

Do góry

Dzień  11.     Costa Smeralda

Wjeżdżamy do raju...

Porto Cervo

Porto Cervo

Fragment raju dla maluczkich :-)

Tego dnia mieliśmy poznać smak Sardynii znanej z reklamowych folderów - mieliśmy zamiar poznać Costa Smeralda, najbardziej snobistyczne wczasowisko na wyspie i nie tylko, gdzie swoje wille ma wiele VIPów tego świata.

Podobno rejon ten odkrył dla turystyki jakiś szejk arabski, który schronił się swoim jachtem przed sztormem w jednej z tutejszych zatoczek. Doceniwszy walory turystyczne wykupił sporo ziemi i zamierzał przerobić region na kurort, z tym że zgodnie z umową - wybrzeże miało zachować swój pierwotny charakter, czyli żadnych hotelowców! No i faktycznie - wille porozrzucane są nierównomiernie (większość z nich jest ledwie widoczna), a w turystycznych miasteczkach nie ma wysokiej zabudowy. Samym centrum Costa Smeralda jest miasteczko Porto Cervo, które jest tak wypięknione, wystrzyżone i odmalowane, że staje się przez to kiczowate i sztuczne. Pobielone ściany domów stylizowanych na chatki rybackie, nazwy ulic wyciosane w głazach ustawionych na idealnie wystrzyżonych trawnikach, przejścia między posesjami niedostępne dla osób postronnych - takie getto dla możnych. Cóż - jak widać są ludzie, którzy na własne życzenie, za ciężkie pieniądze chcą odpoczywać (?!) w mieście będącym holywoodzkim kiczem. Ale pieniądze czuje się tu przez skórę - drobna rzecz, niespotykana nie tylko na Sardynii, ale w innych miejscach - publiczne toalety są czyste, prawie pachnące, z ciepłą wodą i papierem toaletowym... No i port jachtowy, w którym jachty są w mniejszości, gdyż przeważają drogie luksusowe motorówki i jachty motorowe wielkości małych statków.

Za to wybrzeże Costa Smeralda jest genialne! Piękna linia brzegowa (szkoda że dość niedostępna) i kilka pięknych plaż. Na jednej z nich - Reni Bianca, ponoć jednej z piękniejszych - spędziliśmy większość dnia. I było tak jak na pocztówkach - zatoka, biały piasek plaży, turkusowa, ciepła woda, opodal leniwie kołyszący się jacht... Mmmm, gdyby tylko tych ludzi było trochę mniej :-)

Swoją droga ciekawostka - plaże na Sardynii są w większości dzikie i trudno dostępne. Zjeżdżając z głównej drogi, trzeba przedzierać się kilkaset metrów polną, zakurzoną drogą, aby potem przytulić się samochodem do jakiejś skały czy kującego krzewu, lub długo lawirować pomiędzy niechlujnie zaparkowanymi autami w poszukiwaniu miejsca postojowego. Na plaży zwykle nie ma żadnych budynków, jedynie jedna lub dwie budy z napojami. I to wszystko! Ciekawe z czego wynika taka prowizorka - nawet na naszych plażach dzieje się już zdecydowanie więcej... Nie żeby mi to przeszkadzało, ale... :-)

Spaleni słońcem wróciliśmy wieczorem na camping aby przygotować się do opuszczenia gościnnej Sardynii.


 

Do góry

Dzień  12.     Costa Smeralda - St. Teresa di Gallura - Bonifacio - Porto Vecchio

Bonifacio widziane z promu

Klify wokół Bonifacio

Rajska zatoczka? Nie - okolice Bonifacio...

Wiszące na skałach Bonifacio

Wiszące na skałach Bonifacio

Cmentarz w Bonifacio

Ładne zdjęcie :-)

Zerwawszy się z rańca, pojechaliśmy z powrotem do St. Teresa di Gallura, skąd odchodzą (i przychodzą) promy na Korsykę. Pobrawszy trochę gotówki z lokalnego banku, zapakowaliśmy się na mały, wysłużony, korsykański prom (jego obsługa z uporem mówiła do nas JEDYNIE po francusku) i ruszyliśmy ku górzystej Korsyce. Wyłaniające się z rzednącej mgły góry zbliżały się i rosły, rosły, rosły...

Niewiarygodne, ale te góry są naprawdę ogromne. Korsyka wydaje się być skalistym szczytem góry zalanej morzem. Wzdłuż wyspy o długości ok. 180km i szerokości ok. 80 km ciągnie się grzbiet górski, którego najwyższy szczyt Monte Cinto ma aż 2710 m npm!!!

No ale póki co, zbliżaliśmy się do Bonifacio - jednego z piękniejszych miejsc na Korsyce. Bonifacio leży na białym, wysokim, skalistym klifie i od strony morza prezentuje się niesamowicie. Wydaje się niemożliwie, żeby przyklejone do krawędzi klifu domy nie runęły do morza! Miasto składa się z dwóch części - dolnej, czyli portu znajdującego się w osłoniętej zatoczce, oraz górnej (haute), właśnie tej przyklejonej do klifu. Co prawda pierwsze wrażenie, po wjechaniu na ziemię korsykańską (celowo nie używam obraźliwego dla Korsykan przymiotnika: francuską), nie było sympatyczne. Mimo, że temperatury były chyba podobne jak na Sardynii, to chyba wyższa wilgotność powodowała, że pociłem się niemiłosiernie. Kolejna skucha to niestety język - wszechobecny francuski i niechęć do używania jakiegokolwiek innego języka początkowo mocno utrudniała kontakty i poruszanie się. A czarę goryczy przelał fakt, że po chyba dwóch rundkach po mieście nie byłem w stanie znaleźć żadnego (ŻADNEGO!) wolnego miejsca do zaparkowania. Wszystkie parkingi (te płatne też) i wszelkie zatoczki, zaułki, były dokumentnie zalepione zwartą masą samochodowej blachy! Także pierwszy kontakt z Korsyką nie wypadł najpomyślniej. Na szczęcie, potem było już tylko lepiej.

Wracając do miasta - stara część ulokowana na klifie, nie odbiega od typowych miasteczek włoskich (francuskich nie znam :-): wąskie zaułki, kościółek Ste Marie Majeure, pozostałości z czasów oblężeń w postaci cystern na wodę pitną, mnóstwo sklepików z pamiątkami, restauracyjek i kawiarenek, oczywiście forteca (wszędzie nazywane są cytadelą) i ciekawostka - na samym skraju klifu leży cmentarz. Niby nic atrakcyjnego, a jednak jest zupełnie inny, niż przywykliśmy do tego. Otóż cmentarz to de facto osiedle mini-domków, w których zamurowane są trumny bądź urny z prochami przodków. Jeden domek przypisany był zwykle jednej rodzinie. Przez zakratowane drzwi widać było tablice z imionami zmarłych. Na pierwszy rzut oka było to jakieś takie odpychające, ale z drugiej strony - dowodziło dużo większej więzi żywych ze zmarłymi. W czasie naszej dalszej podróży okazało się, że na Korsyce właściwie wszystkie cmentarze wyglądają podobnie i w przeważającej wielkości położone są w dość atrakcyjnym widokowo miejscu. Tak, aby Ci Których Już Nie Ma mieli chociaż ładny widok...

A propos widoków - warto odejść kawałek od miasta, aby ze ścieżki prowadzącej po klifie obejrzeć jak kurczowo miasto czepiło się pionowej skały. Bonifacio naprawdę powinno być obowiązkowym punktem

 wyjazdu na Korsykę.

I pierwsze zaskoczenie po wyjeździe z miasta... Korsyka jest zielona!!! Mimo, że przecież leży w tym samym rejonie co Sardynia, ma ten sam klimat, to w odróżnieniu od spalonej słońcem sąsiadki, jest na niej mnóstwo drzew i zieleni!!! W każdym razie kontrast naprawdę dość spory i w pierwszej chwili trudno się przyzwyczaić - my byliśmy początkowo nawet trochę zawiedzeni, gdyż jakoś bliższe były nam sardyńskie klimaty, ale z czasem to przeszło.

Poszukiwanie pierwszego campingu na Korsyce nie było łatwe - pojechaliśmy wschodnim wybrzeżem w kierunku znanej miejscowości turystycznej Porto Vecchio. Ale okazuje się, że na Korsyce wcale nie jest oczywiste, że camping powinien być nad samym morzem. Tak było np. z campingiem w pobliżu najpiękniejszej plaży w tamtym rejonie: Rodinara. Co z tego, że plaża piękna, skoro od campingu do niej było z 1,5 km, a parking przy niej nie dość że płatny, to w całości zajęty. Generalnie większość z mijanych po drodze campingów znajdowała się raczej blisko miejscowości, w lasach, niż nad morzem.

W końcu zaczęło się robić późnawo i rzutem na taśmę trafiliśmy na camping, który był o tyle ciekawy, że namiot rozbiliśmy na ogromnym, zalesionym rumowisku głazów :-) Tyle, że znajdował się on nad zatoką, która miała tak ciepłą wodę, że pływanie nie dawało ochłody, za to temperatura sprzyjała wodorostom, które gęstym dywanem pokryły dno, tak że z nurkowania też nic nie było...

Trudno - musiałem się poratować cygarem, żeby dzień zaliczyć do udanych :-)


 

Do góry

Dzień  13.     Porto Vecchio - Sartene - Filitosa - Propriano

Tak wyglądają menhiry

Menhiry w Santari

Wyjątkowo wyraźny drogowskaz do menhirów

Regiment menhirów w Pallagiu

Filitosa

Jako, że tego dnia mieliśmy sporo do przejechania, znów wstaliśmy wcześnie. Z jednej strony - co to za urlop, kiedy nie można się wyspać, ale z drugiej - na świeżym powietrzu jakoś się mniej spać chce :-)

W każdym razie - zwinęliśmy się i pojechaliśmy szukać największych prehistorycznych atrakcji Korsyki - menhirów. Menhiry to wielkie (kilka metrów), podłużne kamienie, wkopane na sztorc w ziemię, zwykle w większych skupiskach, częstokroć z wyrytymi rysami twarzy czy ludzkimi kształtami, umieszczone w odludnych miejscach. Ich przeznaczenie nie jest do końca jasne - większość zapisów mówi, że były to cmentarzyska. A że w odludnych miejscach, to przekonaliśmy się na własnej skórze. I niestety tu trudno zrozumieć Korsykan, gdyż pomimo, że o menhirach mówią wszystkie przewodniki, to na wyspie brak jest JAKICHKOLWIEK drogowskazów doń kierujących. Jedzie się absolutnie "na czuja". Tak było w przypadku stanowiska menhirów w Santari. Coraz gorsza droga asfaltowa na której nie sposób spotkać żywego ducha prowadzi w góry, aby w pewnym momencie ukazać oczom turystów tablicę z której wynika, że właściwie właśnie się dojechało do tych menhirów. Wokół jednak znajdują się jedynie drzewa! Ruszyliśmy więc polną drogą, która wydała nam się najbardziej rozjeżdżona, aby po ok. 20 minutach (!) marszu zauważyć jakieś pionowe kamienie. Kamienie stały na środku pastwiska (!), odgrodzone od pasącego się wokół bydła (!!) drutem kolczastym. I nic! Żadnej tablicy informacyjnej, żadnego przewodnika, mapki. Ot - znalazłeś turysto menhiry, to się ciesz. Zresztą na miejscu okazało się, że nie jest to nic specjalnego - faktycznie rząd wkopanych w ziemię podłużnych głazów, z których jeden ma wyryte uproszczone rysy twarzy. Tuż obok, pod lasem, znajdowało się kolejne stanowisko menhirów - Renaggiu. Tyle, że aby się do niego dostać trzeba było przejść przez pastwisko, obok na szczęście leniwie wylegujących się byków (!), a w rzeczywistości było jeszcze uboższe niż Santari. Skucha. Podobno w pobliżu jest jeszcze jedna atrakcja - diabelska kuźnia Dolmen de Fontanaccia, ale niestety... nie znaleźliśmy jej, mimo że podobno znajduje się w zasięgu wzroku :-( Ech Ci Korsykanie, mają w d... turystów i ich pieniądze...

Daliśmy jeszcze jedną szansę menhirom - kilka(naście) kilometrów dalej znajdować się miało kolejne, ponoć największe stanowisko: Pallagiu. I o dziwo - tym razem oczom naszym, ukazała mała, ledwie trzymająca się kupy tabliczka, że te menhiry to właśnie tu. Oczywiście "tu" to był tylko parking, z którego do menhirów trzeba było przejść. Około 1,2-1,5 km... Bez dalszych drogowskazów. Na "azymut", podążając najbardziej wydeptaną drogą... A czy było warto? No cóż - faktycznie w Pallagiu wszystkich menhirów jest ponad setka i stoją w kilku rzędach. Ale czy faktycznie warto się tak włóczyć żeby oglądać takie kamloty - teraz wydaje mi się, że nie...

W ciągu tego jednego dnia mieliśmy zamiar "zaliczyć" wszystkie pradawne atrakcje wyspy, dlatego też udaliśmy się w kierunku Filitosy, miejsca chyba najbardziej znanego na wyspie. Są to wykopaliska prehistorycznej osady, zamieszkiwanej od 5850 r pne (!) do czasów rzymskich.

Po drodze zajrzeliśmy jeszcze do sennego, choć dość ponurego miasteczka Sartene. Domy zbudowane z szarych, kamiennych bloków, sprawiają dość przygnębiające wrażenie, nawet w śródziemnomorskim słońcu. A miasto słynie z tradycji vendetty (jakież to popularne w tych stronach, doprawdy...) oraz z ciężkiego krzyża, który przed Wielkanocą niesie zakapturzony, anonimowy pątnik-ochotnik, do którego nogi przytroczony jest ciężki żelazny łańcuch (zapisy, bez gwarancji wyboru, u lokalnego proboszcza na kilkanaście lat naprzód!).

W Sartene byliśmy świadkami ładnej sceny z udziałem kota. Leniwiec ten wylegiwał się w słońcu na schodach w jednym z najbardziej zatłoczonych zaułków, kompletnie nieczuły na zaczepki, pogłaskiwania i wołanie kici-kici, aż w pewnej chwili, posłyszawszy wróbla lądującego na sąsiednim oknie, zerwał się w tygrysim skoku, ku biednemu ptakowi. Tym razem polowanie się nie udało, ale przy tej zręczności pewnie był to przypadek. Mały łowczy... :-)

No dobra - dotarliśmy w końcu do Filitosy. Miejsca wielce istotnego dla Korsyki, nad którym roztkliwiają się wszystkie przewodniki. Hmm. Po raz kolejny doszliśmy do wniosku, że chyba jesteśmy rozbestwieni zabytkami Włoch, Grecji czy Hiszpanii, bo ta kupa kamieni nie zrobiła na nas jakiegoś wrażenia. Po terenie wykopalisk (jeśli można to tak nazwać), prowadzi co prawda bardzo ładna ścieżka dydaktyczna, z przystankami, na których można w różnych językach usłyszeć ciekawostki na temat zgromadzonych zbiorów i historii tego miejsca. Muzeum składa się z dwóch części (nie licząc małego pawilonu z ciekawszymi wykopaliskami) - w pierwszej znajdują się ruiny osady i kilka pojedynczych menhirów, a w drugiej - pięć kolejnych menhirów (jeden o dość ciekawym, fallicznym kształcie :-) oraz rumowisko skalne, w którym jedna ze skał do złudzenia przypomina dinozaura.

I w ten sposób, szybko i sprawnie poznaliśmy prehistorię Korsyki.

Na nocleg trafiliśmy na camping prowadzony przez dość luźnego gościa - większość czasu spędzał on na pobliskiej plaży, zamykając recepcję na cztery spusty :-) Ale camping miał tę zaletę, że leżał przy plaży nad piękną zatoką Valinco, vis-a-vis tustycznej miejscowości Propriano (do której nie zamierzaliśmy pojechać :-)


 

Do góry

Dzień  14.     Propriano - Olmeto - Ajaccio - Propriano

Droga nr 69

Świnie pasące się przy i na drodze

Bydło pasące się przy i na drodze

Ajaccio i jeden z pomników Napoleona

Ten dzień z założenia miał być dniem drogi. Naszym zamiarem było bowiem przejechanie jednej z (podobno) ciekawszych dróg Korsyki - drogi nr 69.

Ruszyliśmy skoro świt, koło 9 rano, aby od razu natknąć się na ciekawe miasteczko Olmeto. Mimo, że od morza dzieliło je linii prostej nie więcej niż kilka-kilkanaście kilometrów, znajdowało się już dość wysoko nad poziomem morza. Położone na stromym, zalesionym zboczu, z jednokierunkowym przejazdem przez centrum (ruch wahadłowy!), ładnie się prezentuje. Ciekawym widokiem są również poutykane tu i ówdzie łodzie i motorówki - śmieszny widok w górach, bo co prawda morze blisko, ale z Olmeto go nie widać :-)

Chwilę później zjechaliśmy z głównej szosy, aby dotrzeć do drogi nr 69. Z drogami na Korsyce jest w ogóle ciekawie - przede wszystkim są pełne zakrętów. Wszystkie! No może jedynie trasa wiodąca wschodnim wybrzeżem z Bastii do Bonifacio jest faktycznie prosta, płaska i szybka. Cała reszta dróg ma charakter górski. I to dosłownie! A dróg tych i tak nie ma zbyt wiele: zachodnim wybrzeżem prowadzi kolejna, w miarę szybka arteria (choć obfitująca w wiele zakrętów, które skutecznie obniżają średnią prędkość podróżowania, do 40, max. 50 km/h), jest kilka (ale niezbyt wiele!) połączeń wschód-zachód oraz jedna droga wiodąca wzdłuż wyspy przez jej środek, jakby po "grani". Jest to właśnie droga nr 69 :-)

Dodatkową ciekawostką jest fakt, że na drogach do nie przylegających, wytyczane są odcinki specjalne Rajdu Korsyki. Po przeanalizowaniu trasy tegorocznego rajdu okazało się zresztą, że przejechaliśmy fragment jednego z odcinków rajdu! Tyle, że to co zajęło nam pewnie około kwadransa, kierowcy samochodów WRC podczas rajdu pokonują w kilka minut :-)

Przemierzając drogę nr 69 mieliśmy okazję poznać Korsykę naturalną, taką gdzie nie ma inwestycji na potrzeby turystów. Korsykę, w której świnie i bydło wypuszczane są samopas i bez skrępowania przechadzają się drogą. Mimo jednak, że droga sama w sobie jest ciekawa, to nas bardziej znudziła. Zakręty owszem - są sympatycznym urozmaiceniem i podnoszą adrenalinę, ale nie przez kilka godzin non-stop. Ale jednak warto przejechać choćby kawałek tej trasy - szczególnie w okolicach Zicavo lub Auleen.

Zakończywszy przejazd drogą 69 postanowiliśmy obejrzeć jeszcze Ajaccio (wym. ażakhsjo'), gdzie narodził się jeden z bardziej znanych małych wielkich ludzi - Napoleon Bonaparte. Cóż z tego; portowe miasto z ogromna przystanią promową i cytadelą (zajętą przez wojsko) bardzo słabo i powierzchownie podtrzymuje kult Cesarza. Może dlatego, że Napoleon po opuszczeniu wyspy i dojściu do władzy nigdy przesadnie nie chwalił się swoim korsykańskim pochodzeniem i nigdy nie wrócił już do rodzinnego miasta. Dumni Korsykanie mają mu to za złe, ale z drugiej strony - biznes to biznes. Tyle, że wynikiem takiego rozdarcia między dumą i chciwością są kiczowate pamiątki, skromne tablice upamiętniające, że Napoleon coś-tam zrobił w tym i w tamtym budynku oraz 2 pomniki - jeden na modłę rzymskiego Cezara, a drugi w miarę elegancki, jednak dość odległy od centrum (1,5-2km) a na dodatek, na terenie parku, który akurat był zamknięty.

Podsumowując - Ajaccio jakoś nie zachwyciło nas czymś szczególnym. Może dopełniła tego pogoda, gdyż niebo było mocno zachmurzone, a mimo to, temperatura wynosiła ok. 35°C. Jak w dżungli.

Aaa - miłą ciekawostką jest fakt, że nieopodal miasta jest jedno z głównych lotnisk na wyspie i lądujące samoloty przelatują bardzo nisko prawie nad miastem. Zaiste pięknym jest widok jumbo-jeta składającego się w zakręcie przy podejściu do lądowania!... :-)

Ruszyliśmy do domu. I cóż z tego, że do pokonania mieliśmy ok. 70km, to zajęło nam to prawie 2 godziny. I to mimo faktu, że jechaliśmy "czerwoną" drogą, która była szersza i lepsza niż lokalne. Niestety tak się jeździ po Korsyce. Wszyscy, którzy tam się wybierają powinni na serio wziąć sugestie, aby przy planowaniu trasy, liczyć średnią szybkość przejazdu ok. 40 km/h. Poważnie.

A wieczór tradycyjnie - godzinka na plaży i w morzu, potem melon i winko. Mmmm...


 

Do góry

Dzień  15.     Propriano - Corte - Porto

Piękne Corte

Wykuta droga "Scala di St. Regina"

"Scala di St. Regina" w lusterku

Zapora w Calacuccia

Most rzymski u podnóża zapory w Calacuccia

Nie wszystkim się udało bezpiecznie pokonać ten zakręt :-)

Wąwóz koło Evisy

Aby dostać się do znajdującego się w centrum wyspy Corte, musieliśmy niestety pokonać ten sam męczący odcinek drogi, który przemierzyliśmy poprzedniego dnia. No ale jakoś nam się to udało i dotarliśmy do Corte - małego ale pięknego miasteczka uniwersyteckiego, które umościło się w niecce między otaczającymi je wokół górami. Nad miastem góruje oczywiście cytadela, otoczona skupiskiem kamieniczek z wąziutkimi uliczkami. Piękny widok roztacza się na miasto i okolice z punktu widokowego (le belvedere), który znajduje się na szczycie skały, kawałeczek na południe od "starego centrum". Corte jest jednym z najstarszych i najważniejszych miast Korsyki, które w krótkim okresie niepodległości wyspy zostało nawet jej stolicą.

Z Corte zamierzaliśmy powrócić nad morze, ale pożyteczne połączyliśmy z przyjemnym i przejechaliśmy się drogą D84, której odcinek od drogi N193 do miejscowości Calacuccia został wykuty wprost w skale. Odcinek ten ma nawet swoją nazwę: Scala di St. Regina i w wielu miejscach prowadzi faktycznie półką skalną. Technicznie trasa nie jest trudna, ale widoki są piękne! Takie "podniebne esy-floresy".

W miejscowości Calacuccia dojeżdża się do zapory wodnej, przez którą można przejechać na druga stronę i zjechać na dół, do jej podstawy. Brrr... Dość emocjonujące przeżycie, stać twarzą w "twarz" z milionami metrów sześciennych wody napierającymi na zaporę...

Wdrapując się dalej pod górę dojechaliśmy do przełęczy Col de Vergio - miejsca, w którym... można jeździć na nartach! Na Korsyce! Narty! Taka trochę przeciwstawność, a jednak nie... W pewnej chwili, zza zakrętu wychynął na nas niespodziewanie nawet wyciąg krzesełkowy!

Inną ciekawostką było to, iż mimo lata (i to dość upalnego), w rejonie tym było mnóstwo turystów, a wszystkie parkingi i zatoczki zastawione były samochodami. Rejon ten jest po prostu bardzo popularnym terenem górskich wycieczek (takie nasze Tatry, czy raczej biorąc pod uwagę stopień trudności - Karkonosze). I faktycznie - co chwilę mijaliśmy grupki, często rodziny, które stosownie wyekwipowane (ciężkie buty, swetry/polary, kijki, plecaki), ociekając potem ruszały bądź powracały z górskich szlaków (należy pamiętać, że temp. wahała się w okolicach 25°C :-).

Trzeba jednak przyznać, że rejony te są bardzo widokowe. Może nie aż tak jak Calanches (o których za chwilę), ale - jeśli ktoś lubi taką formę spędzania wolnego czasu, to wydaje mi się, że byłyby urzeczony tamtym rejonem. W szczególności, dużą popularnością cieszy się Gorges de Spelunca - droga mułów z Oty do Evisy, która biegnie pięknym kanionem. Nam nie dane było jej przejść, czego żałujemy i gdy pojedziemy jeszcze kiedyś na Korsykę - trzeba będzie to nadrobić :-)

W końcu dotarliśmy znów nad morze, do miejscowości Porto. Cóż, miejscowość jest terminem dość neutralnym i jest w tym przypadku jak najbardziej na miejscu, gdyż powiedzieć o Porto "miasto" byłoby sporym nadużyciem. Co jednak ZUPEŁNIE nie przeszkadza temu, że miasteczko mnie urzekło! Porto, leżące u ujścia rzeki Porto do zatoki Porto, składa się z trzech części: leżącego jakieś 500-1000m od morza centrum (czyli supermarket i przystanek :-), deptaku ze sklepikami oraz portu połączonego z plażą. Przy czym deptak i port oddzielone są od siebie cyplem, zwieńczonym spękaną, kamienną wieżą obronną (pęknięcia spowodowane zostały wybuchem składowanej w XVII w. wewnątrz wieży amunicji). Z pobliskich gór (Calanches, o których już naprawdę za chwilę :-) Porto wygląda naprawdę niesamowicie, na dodatek poprzez wysadzoną wieżę, nieco tajemniczo, nawet posępnie. Coś wspaniałego!

O porcie napisałem pontonowy ponieważ Porto jest centrum podwodnych wycieczek. Co krok można natknąć się tam na szkółki nurkowania, które po krótkim szkoleniu obcowania z akwalungiem wywożą chętnych na morskie safari. Amatorów takich przygód nie brakowało, gdyż pontony co i rusz wpływały i wypływały z portu. Ale nie ma co się dziwić - rejon zatoki Porto jest podobno rajem dla płetwonurków.

Ciekawostka - poszukując campingu, w biurze informacji turystycznej dostaliśmy ulotkę reklamową Porto w języku... polskim! Swoją drogą - wybrany przez nas camping municipale okazał się nienajlepszym wyborem, a jego jedyną zaletą była bliskość plaży (ok. 1 km :-). Dużo lepszy byłby chyba camping nad rzeką, trochę w głębi lądu, blisko skrzyżowania z drogą do Corte.

Popołudnie spędziliśmy na dużej plaży, która poza miłym dla oka widokiem oferowała coś więcej, bo kamieniste dno (czyli można nurkować!) oraz spore fale, które ku mojej wielkiej radości i uciesze sponiewierały mnie kilkakrotnie :-). Nury też zakończyły się sukcesem, bo udało mi się wypatrzyć sporych rozmiarów płaszczkę oraz... odrzutową rybę! Średniej wielkości ryba, dała się dość blisko podejść, ale gdy zorientowała się że coś dużego jej zagraża, "wypluła" z siebie jakąś ciemną ciecz, co dało efekt odpalenia małego silnika rakietowego, gdyż błyskawicznie oddaliła się o kilka metrów. Natychmiast powtórzyła ten manewr i jeszcze raz, i jeszcze raz i... uciekła mi :-) Nie zdołałem jej dogonić... Nie wiem co to było, ale wyglądało imponująco!

Tyle, że końcówka naszego plażowania zakończyła się dla mnie boleśnie - obserwowaliśmy fale, które chyba ze względu na przypływ (?) podchodziły coraz bliżej naszego koca, gdy w pewnej chwili przyszła TA fala, która elegancko zalała nas, nasz koc, nasze ciuchy i plecak. Moja Pierwsza Żona zareagowała tak błyskawicznie, że podrywając się do pionu, wybiła mi łokciem oko. No prawie. Ale eleganckie limo, rosło z sekundy na sekundę, tym bardziej, że na rozgrzanej słońcem plaży raczej trudno o coś zimnego tudzież o lód... I co? I mogę śmiało mówić, że żona mnie bije (i że mam powód, żeby kiedyś oddać :-)


 

Do góry

Dzień  16.     Porto - Les Calanches - Calvi

Zatoka Porto

Panorama Porto

Les Calanches

Plaża Ficajola

Korsykańskie szutry w drodze z Porto do Calvi

Pożar lasu koło Calvi

Hydroplany gaśnicze w akcji nad Calvi

Zbliżenie na jeden z hydroplanów

Gra w petankę

Przejrzawszy na jedno oko (drugie wszak było zapuchnięte), po szybkim śniadanku, z wielkim żalem udaliśmy się w dalszą drogę. Szkoda było wyjeżdżać, bo okolice i samo Porto po prostu nas zaczarowało i chętnie spędzilibyśmy tu więcej dni. Ale niestety - powoli musieliśmy już zdążać na północ, do Bastii, na prom powrotny. A póki co - ruszyliśmy jeszcze kilka km na południe, w sąsiadujące z Porto Les Calanches, czyli specyficzny, niewielki łańcuch górski, zbudowany z silnie zerodowanych form skalnych o czerwonej, czy też ceglastej barwie, leżący w bezpośrednim sąsiedztwie turkusowej zatoki Porto, który w połączeniu z wszechobecną, soczystą zielenią oraz błękitnym niebem, eksplodował feerią soczystych barw. Górki małe ale fajne, oferujące piechurom kilka szlaków. Zachęceni przewodnikiem (Pascala), zamierzaliśmy się przejść jednym z  nich. Wybraliśmy szlak La Corniche, który już na wstępie sprawił nam trudności, jako że nie był żółty, ale niebieski. Właściwie jedyną wspólną cechą szlaku opisywanego przez przewodnik oraz tego rzeczywistego było miejsce, w którym się rozpoczynał. Cała reszta zupełnie odbiegała od opisu, ale nie szkodzi. Pokonując kolejne skałki i posapując raźnie, wspomniałem dawne czasy, gdy jak rącza łania :-) przemierzałem nasze Tatry od schroniska do schroniska z całym domem na plecach... Ech, łza się w oku zakręciła...

Ale wracając do Calanches - jest to kolejny atut okolic Porto. Naprawdę warto wybrać się na jedną lub dwie krótkie wycieczki w te górki - widoki i soczystość barw jest naprawdę warta zadyszki przy podejściu (z tym że Pascalowi nie należy ufać i lepiej chyba skorzystać z jakiejś miejscowej informacji).

Spoceni jak myszy (ciekawe skąd się wziął ten zwrot? :-), zeszliśmy do samochodu po ok. 1,5 godz. i udaliśmy się na jedną z piękniejszych plaż, na których byliśmy - malutka plaża Ficajola, do której prowadzi stroma (!), 10. kilometrowa, wąska (!) droga z miejscowości Piana. Plaża jest malusieńka: 100-200m kamienistego pasa wtulonego w stromy, skalny klif, otaczający małą zatoczkę. Bajkowo! Zakotwiczone jachty leniwie kołyszące się w zatoczce, kilku płetwonurków, stosunkowo niewielu plażowiczów, spore fale, piękny widok, słońce... Co więcej trzeba człowiekowi na urlopie?! To kolejny argument przemawiający za Porto, jako fantastycznemu miejscu na spędzeniu DŁUŻSZEGO urlopu. A my niestety, znów niepocieszeni, musieliśmy gnać na północ... (a droga na dół jest NAPRAWDĘ stroma: podczas ruszania pod górę po jednej z mijanek poczułem miłą woń palonego sprzęgła :-)

Przejechawszy ponownie przez Porto, ruszyliśmy w kierunku Calvi. Już po chwili natknęliśmy się na spory parking, z którego można było się dostać do miejscowości Girolata. Niby nic, a jednak... Dostać można się tam jedynie na piechotę (ok. 1-2 godz.) lub drogą morską (np. z Porto). My sobie podarowaliśmy taką wycieczkę, ale jak następnym razem będziemy w Porto, to... :-)

A już po kolejnych kilku km czekała nas kolejna niespodzianka. Otóż, pisałem już że drogi na Korsyce są nienajlepsze, natomiast teraz asfalt po prostu się skończył, raptownie przechodząc w szutr. Właściwie fajnie. W końcu to Korsyka, kraj gdzie rozgrywane są jedne z bardziej znanych rajdów, ale żeby tak główna droga (odpowiednik czerwonej) przez kilkadzieścia (!) kilometrów miała szutrowo-kamienistą nawierzchnię?! A we mnie rozsądek stoczył niestety zwycięską walkę z pragnieniem, by ze swego samochodu choć przez chwilę zrobić rajdowego Forda Focusa WRC i poślizgać się na szutrowych zakrętach wyimaginowanego odcinka Rajdu Korsyki :-)

Tak dotarliśmy w okolice Calvi (już po asfalcie :-), które z daleka witało nas smugą dymu. Pewnie palił się kawałek lasu, co nie jest niczym niezwykłym w tych rejonach. Ten pożar chyba jednak był nieco silniejszy niż zwykłe zaprószenia ognia, gdyż na jednym ze skrzyżowań zostaliśmy skierowani przez policjantów na inną drogę prowadzącą do Calvi.

Calvi leży na cyplu wieńczącym sporą, półkolistą, piaszczystą zatokę, zamkniętą od południa zboczem sporej góry. I to właśnie stoki po przeciwnej stronie tego wzniesienia płonęły, bo od strony Calvi widać było jedynie sporą smugę dymu. "Smuga dymu" brzmi może niegroźnie, ale gdy dojechaliśmy do centrum miasta, słońce świeciło na czerwono (rozpraszając się w dymie), wszyscy turyści i mieszkańcy nerwowo spoglądali na nieodległą, dymiącą górę, zewsząd czuć było zapach spalenizny, a od czasu do czasu z nieba spadał kawałek popiołu, czy też zwęglony liść. Na początku jakoś nie wyczuwało się uczucia zagrożenia, ale gdy po chwili na niebie pojawiły się pożarnicze hydroplany i śmigłowiec, przestało być śmiesznie... Co prawda ludzie (może na szczęście) byli bardziej zaciekawieni, niż przestraszeni i poza sporym korkiem wyjeżdżających nie było oznak paniki. Po jakiejś półgodzinie, intensywność dymu ciągnącego się zza góry jakby opadła, co spowodowało że oderwaliśmy oczy od pożaru i poszliśmy zwiedzać miasto.

Warte jednak wspomnienia są obserwacje hydroplanów w akcji. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego - samoloty nie zważały na żadne przepisy bezpieczeństwa, mówiące o tym jak wysoko można przelatywać nad terenem zamieszkanym; natychmiast po zrzuceniu wody, jak najszybciej i jak najkrótszą trasą leciały nad miastem (jakieś 30-50m nad naszymi głowami!), zataczały ciasny łuk i szybko siadały na powierzchni morza, aby płynąc (lecąc?) pod wiatr, bardzo ociężale wzbić się w powietrze  z prawie 6 tonami wody i odlecieć w kierunku pożaru. Sprawiały wrażenie opitego krwią komara, który z trudnością może lecieć. Pasjonujące widowisko oglądało z brzegu morza kilkuset ludzi, nagradzając brawami każdy kolejny nawrót pilotów-strażaków. Ci z kolei widzieli to i od czasu do czasu machali skrzydłami w podziękowaniu :-) Dość stwierdzić, że po 2-3 godzinach walki, góra przestała dymić i wszystko wróciło do normy.

A teraz trochę o Calvi, które mocno straciło na skutek pożaru, który ze zrozumiałych względów był dla nas większą "atrakcją" niż kolejne sympatyczne miasteczko. Miasteczko, które zwiedzającym oferuje tradycyjnie cytadelę, sporą marinę i dom, w którym podobno urodził się Krzysztof Kolumb. Z ciekawostek można dodać, że w Calvi (głównie na obrzeżach miasta) do dziś stacjonuje Legia Cudzoziemska, ze swym najbardziej elitarnym regimentem spadochronowym.

Poszukiwania biwaku w pobliżu piaszczystej (niestety) plaży zakończyły się fiaskiem - ogromny camping przy zatoce oferował 3 (!) wolne miejsca, o dość niskiej atrakcyjności. Podobnie było na kolejnych nadmorskich campingach, dlatego też pojechaliśmy w część miasta oddaloną od morza i przylegającą do zbocza jeszcze niedawno dymiącej góry. Tam znaleźliśmy bardzo spokojny i miły camping.

W pewnej chwili Moja Pierwsza Żona zakłóciła jednak leniwy cykl wahań hamaka, którego zawartość stanowiłem ja, twierdząc że widzi ogień na górze. Przecierając oczy ze zdziwienia musiałem przyznać jej rację - ugaszony, jak nam się zdawało, pożar ożył. I to przybierając bardziej niebezpieczną formę, bo zamiast DYMU wydobywającego się ZZA góry, mieliśmy pomarańczowe PŁOMIENIE wesoło pełgające PO NASZEJ STRONIE wzniesienia! Trudno powiedzieć, ile nas dzieliło od pożaru - myślę, że 2-4 km. Przy wietrze wiejącym w NASZĄ stronę nie było to dużo... Co dziwne, wśród współobozowiczów, pożar nie wywołał jakiejś szczególnej troski: hamburgery smażyły się dalej, dzieci grały w petankę, itd. Ja jednak tylko czekałem, aż ktoś w pośpiechu zacznie zwijać namiot - myślę, że wówczas nie udałoby się opanować paniki... Tak czy inaczej, mocno zdenerwowani, poszliśmy spać oczekując, że jeśli zagrożenie przybierze faktycznie poważną formę, straż pożarna każe nam się ewakuować. W nocy miałem jakieś dziwne sny o pożarach... Ciekawe czemu :-)

Gdy około 3 w nocy obudziłem się i wyszedłem z namiotu pod pretekstem udania się za potrzebą, widziałem jak w otaczających ciemnościach zbocze góry pali się równym, jasnym płomieniem. To nie jest miłe wspomnienie...


 

Do góry

Dzień  17.     Calvi - L'Ile Rousse - Desert des Agriates - Bastia - Cap Corse

L'Ile Rousse

Pustynia "Desert des Agriates"

Rano chyba po raz pierwszy nie ociągaliśmy się z pobudką. Pożar spokojnie strawił jakieś 1/3 góry i był już dużo bliżej nas. Na szczęście już ok. 9 rano nadleciały 3 hydroplany i wznowiły gaszenie pożaru. Przelatywały tak nisko nad campingiem, że do tej pory pamiętam ich numery: 36, 37 i 44. Potem doczytałem, że były to samoloty typu Pelican Canadair CL415, stacjonujące częściowo w Ajaccio, a generalnie w Marsylii (o tutaj).

Wyjątkowo sprawnie i bez żalu, w towarzystwie łoskotu lotniczych silników, spakowaliśmy się i odjechaliśmy z Calvi. Tuż za granicami miasta natknęliśmy się na bazę Legii Cudzoziemskiej, z której wyjeżdżał mały łazik z dwoma żołnierzami w tradycyjnych białych kepi :-). Jeszcze chwilę popatrzyliśmy na płonącą górę i wojujące z pożarem 3 hydroplany i w drogę... Ku Cap Corse!!!

Ale - jeszcze w ostatniej chwili, gdy już mieliśmy wjechać w góry zatrzymałem się na chwilę, aby już naprawdę po raz ostatni popatrzeć na pożar i... 2 samoloty?! Czemu 2? Przecież one raczej nie przerywają akcji... No ale widocznie jednemu coś się stało i przestał gasić pożar...

To COŚ było równie proste co tragiczne... Jeden z samolotów spadł podczas akcji i roztrzaskał się o zbocze góry.

Stało się to w ciągu tych 3-5 minut między naszymi kolejnymi postojami... Dowiedzieliśmy się o tym następnego dnia, gdy przechodząc nabrzeżem w jednej z miejscowości, w gazecie którą czytał jeden z klientów małej kafejki zobaczyłem krzyczący tytuł i ogromne zdjęcie wraku samolotu z numerem 36. To jeden z tych, który przelatywał nad naszymi głowami na campingu, a poprzedniego dnia machał do ludzi skrzydłami! Strażacy, którzy rano wstali do roboty, jak do każdej innej... Pewnie miał poumawiane jakieś sprawy na popołudnie czy wieczór... I pstryk... Wszystko trafił szlag... Długo nie mogliśmy się otrząsnąć z tego wydarzenia...

Tymczasem, jeszcze nieświadomi CO przytrafiło się jednemu z hydroplanów, odjechaliśmy do miejscowości L'Ile Rousse. Mała turystyczna miejscowość, zawdzięczająca swoją nazwę małej wysepce, będącej w rzeczywistości sporą czerwonawą skałą. Wysepka, została połączona z lądem betonową groblą i można się na nią bez trudu dostać - rozpościera się z niej dość ładny widok. Samo miasteczko nie ma jakichś szczególnych atutów poza małym targowiskiem miejskim, zlokalizowanym pod dachem. Tyle że dach ten wsparty jest na kolumnach i w ogóle budowla wygląda jak grecka świątynia pozbawiona ścian. Ciekawostką - ceny na targowisku podawane były przez kramarzy zarówno w Euro jak i... frankach francuskich, których przecież już nie ma :-)

Po kawce wypitej na dość sympatycznym rynku ruszyliśmy dalej, ku... pustyni Agriates.

Mówienie o pustyni jest tu pewną przesadą, gdyż nie pokrywa się ona z naszym stereotypem morza piasku, ale trzeba przyznać że tak się właśnie ten rejon nazywa: Desert des Agriates. Jest to rozległe, górzyste pustkowie, pokryte zaroślami (dość kłującymi) i wyschniętą trawą. Ot taka ciekawostka...

Przez St. Florent (małe miasteczko ze sporą mariną) ruszyliśmy w kierunku nieodległej Bastii. Zanim do niej dotarliśmy musieliśmy wdrapać się na sporą przełęcz Col de Teghime, będącej kiedyś areną krwawych walk, z której rozpościera się piękny widok na okolice Bastii, która podobnie jak Cagliari na Sardynii otoczona jest lagunami (tyle, że mniejszymi).

Bastia, ze względu na swój wielkomiejski charakter, ruch, hałas, spaliny i brak znanych nam atrakcji, nie zdołała przyciągnąć naszej uwagi na tyle, by zatrzymać się w niej choć na chwilę. Dlatego też pojechaliśmy dalej ku północnemu cyplowi Korsyki - Cap Corse, w poszukiwaniu campingu "U Żosrą" (nawa autorska - w rzeczywistości: Marine de Pietracorbara :-) poleconego wcześniej przez Maćka.

Odnaleziony camping zaskoczył nas nieco: był trawiasty (!), znajdował się w otoczeniu pastwisk, na których pasła się rogacizna i był oddalony jakieś 500-1000m od morza. A najgorsze - że nie dało się tam rozwiesić hamaka! I jak ja miałem wypalić cygaro?! W takich warunkach nie da się wypoczywać... :-)

A poważnie - faktycznie spodziewaliśmy się czegoś innego, ale ogólnie było OK. Co prawda zatoka, w pobliżu której znajdował się camping miała piaszczystą plażę (nici z nurkowania) z mnóstwem meduz, co powodowało, że kąpiel została ograniczona do minimum.

Ale za to spora kolacja z równie sporą ilością wina i cygarem dopełniła pełni wakacyjnego szczęścia...


 

Do góry

Dzień  18.     Cap Corse

Cap Corse

Wiatrak opodal Cap Corse

Przemiły port w wioseczce Centuri

Dachy Nonzy

Taaaa... Jak widać i tu zdarzają się takie dni... Ciepło, ale bez przesady. Szare niebo, z którego za chwilę może padać. Ciężkie, ołowiane chmury zawisły po drugiej stronie cypla nie mogąc przeskoczyć na naszą stronę; gdyby to się udało, obudziłby nas plusk kropel o namiot... Dziwne uczucie.

Nie w takiej pogodzie chcieliśmy objechać jedną z atrakcji wyspy - Cap Corse. Skalny, górzysty cypel, nazywany palcem Korsyki, opleciony wąską drogą, będącą podobno rajem dla motocyklistów.

Ale trudno - nie mieliśmy wyboru, następnego dnia odpływał nasz prom, więc albo przy takiej pogodzie, albo w ogóle. Ruszyliśmy w nietęgich nastrojach, aby po 1-1,5 godzinie dojechać na północny skraj wyspy, do miejscowości Barcaggio. Droga faktycznie dość kręta, początkowo nie nastręczała kłopotów, ale w samej końcówce mijanki z innymi samochodami wymagały... składania lusterek :-) Śmieszne uczucie - jechaliśmy na wysokości podstawy chmur, więc do morza zjeżdżaliśmy faktycznie "z nieba". Z kolei znad morza nie do końca widać było z jak wysokich gór zjeżdżaliśmy...

Ruszyliśmy dalej - w poprzek Cap Corse nie prowadzi żadna droga, więc aby objechać cypel musieliśmy się dostać do St. Florent i wrócić na camping drogą, którą znaliśmy z poprzedniego dnia.

Podążając na południe zjechaliśmy do sympatycznej rybackiej wioseczki Centuri-Port, w której zresztą dowiedzieliśmy się o katastrofie jednego z hydroplanów. Miły porcik i miejsce na kaweczkę...

Zawiedzeni plażą w Pietracorbara zamierzaliśmy jeszcze poplażować na kamienistym, zachodnim brzegu Cap Corse. A tu słońca tyle co na lekarstwo, żeby nie powiedzieć w ogóle. Trafiliśmy jednak na ciekawą plażę opodal miejscowości Nonza. Sprawiała wrażenie brudnej, gdyż kamienie, z których powstała, miały dość ciemny odcień. Na dodatek, te wiszące, szare chmury... Ale, że na plaży wylegiwało się już sporo ciał (bo przecież było ciepło, tyle że nie było słońca), a dla nas miała to być ostatnia kąpiel w CIEPŁYM morzu w tym roku, to zdecydowaliśmy się na postój. Ja spędziłem nawet pół godziny z płetwami i maską. Kolejne pół - szamocząc się z ogromnymi falami, które sponiewierały mnie boleśnie, ale sprawiły mi sporą frajdę. Zresztą nie tylko mnie - z każdą chwilą, gdy fale przybierały na sile, coraz więcej ludzi wchodziło do wody i starało się z nimi walczyć :-) A pod koniec wyszło słońce i już zupełnie nie chciało nam się wracać...

Zatrzymaliśmy się jeszcze we wspomnianym miasteczku Nonza, które sprawia wrażenie przyklejonego do pionowych skał. Jego mieszkańcy od wieków chyba wykuwali sobie skalne półki, na których budowali swoje domki, z dachami krytymi skalnymi płatami. W miasteczku jest mały kurczowo trzymający się klifu zameczek-wieża, z której rozpościera się ładna panorama. Daleko w dole, widać też kamienistą plaże, na której co bardziej pomysłowi turyści poukładali z większych kamieni gigantyczne napisy. Większość typu "love krowe", ale niektóre pomysłowe i dość osobiste. Fajne...

No i znów St. Florent, Bastia i camping. W międzyczasie zajechaliśmy jeszcze na stację benzynową z myjnią, aby oczyścić brudasa z sardyńskiego i korsykańskiego kurzu, oblepiającego dość skutecznie każdy centymetr auta. Bo w końcu mieliśmy wrócić do Europy, na Kontynent, a to zobowiązuje! :-)


 

Do góry

Dzień  19.     Cap Corse - Bastia - Genua - Mediolan

Kaministe plaże z napisami koło Nonzy

Korsykańki łowczy (na urlopie)

Skóra dzika susząca się na słońcu

Poranek wyglądał lepiej, niż poprzedniego dnia, bo obudziło nas słońce, ale ciężkie ołowiane chmury znów czaiły się po drugiej stronie gór... Zjedliśmy śniadanko, nieśpiesznie zwinęliśmy obozowisko i przygotowaliśmy CZYSTY samochód do długiej drogi powrotnej...

A po chwili już śpiesznie biegnąc spod prysznica zapakowaliśmy się do samochodu. Chmurom jakoś udało się przeskoczyć przez góry i upajały się tym sukcesem zalewając nas rzęsistą ulewą... Na nasz CZYSTY samochód!!!

Rolnicy zamiast latem narzekać na suszę, powinni częściej myć swoje samochody - jak pokazuje życie, jest to gwarantowany sposób na deszcz...

Ponieważ do promu pozostało nam jeszcze kilka godzin zamierzaliśmy jeszcze przejść się jednak po Bastii, jednak w tych okolicznościach byłoby to... nierozsądne. Wykorzystaliśmy jedynie krótką przerwę w deszczu aby przejść się po malutkiej miejscowości przed Bastią: Erbalunga. Miłe, niewielkie miasteczko z małym porcikiem, warte poświęcenia godzinki...

A potem nuda - ustawiliśmy się w kolejce oczekującej na prom i... przestało lać. Oczywiście... Po 15 minutach słońce prażyło niemiłosiernie, a o ulewie przypominały już tylko kałuże. I nasz BRUDNY samochód...

Przeprawę promową zamierzaliśmy spędzić opiekając się na słońcu, żeby złapać choć trochę tej letniej opalenizny. W końcu wracaliśmy z Sardynii i Korsyki, a jacyś tacy bladzi byliśmy. Zawsze obiecujemy sobie, że następnym razem więcej czasu spędzimy na plaży... Ale przecież to takie nudne i taka strata czasu, gdy wokół jest tyle do zobaczenia :-) W każdym razie - jak zamierzaliśmy, tak zrobiliśmy. Pod koniec tego 4,5 godzinnego opiekania już nawet miałem dość...

Na Kontynent wyjechaliśmy o czasie, ale pośpiech był wskazany - musieliśmy się jeszcze dostać do odległego ponad 100km  Mediolanu i odnaleźć nasz usytuowany w centrum hotelik. I woleliśmy to zrobić jeszcze za dnia.

No niestety nie do końca się udało - gdy wjechaliśmy do miasta właśnie zapadł zmrok. Na dodatek, jakoś tak się stało, że stacja benzynowa, na której zamierzałem zatankować była zamknięta i wjechaliśmy do ogarniętego wieczornym szczytem Mediolanu mając benzyny na 60km. Deja vu? Już rok temu w Granadzie miałem podobną sytuację i obiecałem sobie, że nie dopuszczę do tego w przyszłości. Nie muszę dodawać, że po ciemku pogubiliśmy się w Mediolanie (nie myślcie sobie, że latarnie oświetlające ulice w centrum miasta są czymś oczywistym, w Mediolanie NIE SĄ!), a licznik wskazywał, że benzyna niknie w oczach. Należy pamiętać, że we Włoszech (w Hiszpanii też), inaczej niż to jest w Polsce, w centrach miast trudno jest o stację benzynową. Wszystko to spowodowało, że stałem się silnie nerwowy, i gdy w końcu zauważyłem jakąś małą, samoobsługową stację po drugiej stronie czteropasmowej ulicy, natychmiast się przy niej zameldowałem. Przy pomocy jakiegoś Włocha, udało mi się okiełznać włoskie polecenia wydawane przez dystrybutor i, co prawda drżącą ręką, wsunąłem mu banknot 50€. Ruszył, zalał, skończył. Wszystko w porządku. Uff... No to teraz nadszedł czas na skopanie tyłka temu miastu... Ten sam Włoch wyprowadził mnie z mojego mylnego pojmowania kierunków i wskazał właściwy azymut. I faktycznie - już po chwili odnaleźliśmy się na planie i chyba tylko raz jadąc pod prąd jednokierunkową ulicą dotarliśmy do naszego hoteliku. Podjeżdżamy i co? Przed samym wejściem jest jedno wolne miejsce parkingowe! To tak jakby trafić szóstkę, no - może piątkę, w totka!!!

Zmęczeni słońcem i Mediolanem "by night" szybko zasnęliśmy, tym bardziej, że następny dzień miał się rozpocząć dość wcześnie...


 

Do góry

Dzień  20.     Mediolan - Stuttgart

Dach katedry w Mediolanie

Galeria Vittorio Emanuele

Galeria Vittorio Emanuele

W dobrym tonie jest nadepnąć na jądra byka...

La Scala

Wstać musieliśmy wcześnie z prostego powodu: na godz. 9:15 mieliśmy wykupione bilety na Ostatnią Wieczerzę Leonarda da Vinci. A że było to stosunkowo niedaleko naszego hotelu, zamierzaliśmy się tam dostać piechotą.

Do kościoła Santa Maria delle Grazie, w którego refektarzu znajduje się słynny fresk, dotarliśmy ok. 8:30 i zmroziło mnie - zgodnie z zapowiedziami znajomych i opisami z przewodników i internetu, spodziewałem się dzikich tłumów kłębiących się przed kasami. A tu - nic... Przysłowiowy "gul mi skoczył", bo za każdy kupiony przez Internet bilet zapłaciłem kilka € drożej! Odbierając bilety, zapytałem więc czy są jakieś wolne bilety na ten dzień, na co pan z kasy ze szczerym uśmiechem i pewnym pobłażaniem powiedział, że nie ma... Warto dodać, że kasy były otwarte najwyżej pół godziny wcześniej... W pewnym więc stopniu uspokoiło mnie to i że dodatkowo wydane € nie okazały się być pieniędzmi wyrzuconymi w błoto, a wręcz przeciwnie - były koniecznością. Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że biletów już w ogóle nie można kupić w kasie, której rola ogranicza się do wydawania biletów zarezerwowanych i wykupionych dużo wcześniej. To wyjaśniło zupełny brak ludzi przed kasami.

W oczekiwaniu na wyznaczoną godzinę wejścia (co 15 minut, w grupach ok. 30 osobowych), przypatrywaliśmy się przechodzącym Mediolańczykom. Trzeba przyznać, że nie ma przesady w tym co się o nich mówi... Są niezwykle eleganccy. Nawet robotnik niosący rurę na ramieniu, był jakoś tak atrakcyjnie ubrany. Mnóstwo facetów mimo 25 stopni ubranych w niezwykle eleganckie garnitury i przykuwające oczy buty. Kobiety z perfekcyjnym makijażem, w strojach różnorakich, od pełnego luzu, po prawie wieczorowe kreacje, zawsze bardzo gustowne. Mieszkańcy tego miasta NAPRAWDĘ ubierają się wspaniale. I doskonale zdają sobie z tego sprawę... Dlatego tym większy szlag mnie trafił, gdy na mojej śnieżnobiałej, lnianej koszuli (w końcu Mediolan zobowiązuje! :-) zobaczyłem plamę! @#&$^# !!!!

O fresku Ostatnia Wieczerza rozpisywał się nie będę, bo Dan Brown zrobił to dużo lepiej, mnie jednak fresk ciekawił nie tylko z powodu uknutej przez Browna spiskowej teorii dziejów, ale raczej za sprawą pewnego Uczonego Kaznodziei z Trójmiasta, który tropi wszelkie ostatnie wieczerze i potrafi o nich pięknie mówić...

Zresztą nie tylko o tym potrafi pięknie mówić... Ale to już inna historia...

Mroczny refektarz kościoła Santa Maria delle Grazie, na którego ścianie znajduje się fresk, oddzielony jest od świata zewnętrznego 2 śluzami eliminującymi nadmierną wilgotność, temperaturę, etc. Po wejściu dreszczyk emocji ustępuje na chwilę miejsca uczuciu zawodu... Fresk jest bardzo blady i niezbyt wyraźny. Cóż - mistrz Leonardo zastosował przy nim eksperymentalną technikę malowania farbami olejnymi na wilgotnym tynku, zamiast farb wodnych. Eksperyment nie do końca wytrzymał próbę czasu... Ale z drugiej strony - może tak miało być? Fakt jest faktem, że po chwili obcowania z tym Wielkim Dziełem, człowieka zaczyna przytłaczać fakt, że to TEN fresk...

Ale muszę się przyznać, że nie wiedząc wcześniej who-is-who, błędnie wskazałem Judasza :-) Choć nie powinno to być trudne, bo anegdota mówi, że Leonardo poganiany przez mnichów i podpytywany kiedy ukończy swe dzieło odparł, że wciąż nie może znaleźć na tyle szpetnej twarzy, która pasowałaby do Judasza i że jeśli dalej będzie poganiany, zmuszony będzie wziąć za wzór twarz przeora mnichów :-)

Wygonieni z refektarza przez obsługę (następna grupa czekała z niecierpliwością na wejście), czułem coś w rodzaju zawodu. Przed tym freskiem, bez znudzenia można spędzić dużo więcej czasu...

Ale trudno - w końcu Mediolan nie samą Ostatnią Wieczerzą słynie. Podążyliśmy więc ku katedrze, uznawanej za jedną z bardziej imponujących. I faktycznie - trudno się z tym nie zgodzić: z zewnątrz ociekająca zdobieniami, wewnątrz mroczny i posępny las kolumn. Wewnątrz katedry, pod jej sklepieniem znajduje się ogromny krucyfiks z jedną z ważniejszych relikwii kościoła katolickiego - gwoździem z Krzyża Pańskiego, którego zresztą cesarz Konstantyn używał jako wędzidła w uprzęży swojego konia. Krucyfiks jest podobno opuszczany na dół w święto Podwyższenia Krzyża za pomocą urządzenia zaprojektowanego jeszcze przez mistrza Leonarda. Ciekawe... Katedra słynie także z posągu św. Bartłomieja, który odarty żywcem ze skóry przez oprawców, zarzucił ją sobie przez ramię jak płaszcz. Doskonale odwzorowane są mięśnie i szkielet świętego, podczas gdy skóra zachowuje rysy twarzy, paznokcie, itd. Dość koszmarny ten posąg, ale świadczy o maestrii jego wykonawcy...

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie weszli na dach katedry. I dopiero dach świadczy o niesamowitym bogactwie zdobienia katedry - każda przypora, każdy filar, każdy gzyms, ozdobiony jest nie jedną ale kilkoma, kilkunastoma rzeźbami. Tak sobie pomyślałem - po co takie ich nagromadzenie w jednym miejscu i to na dachu, gdzie zwykły zjadacz chleba nie miał nigdy dostępu. Przecież tymi posągami można byłoby obdarować wszystkie kościoły we Włoszech! Ale z drugiej strony - przecież właśnie to świadczyło o misterii budowli i o jej przeznaczeniu... Imponujące...

Dach katedry miał jeszcze jedną niesamowitą cechę - w skwarze sierpniowego słońca widać było z niego... ośnieżone szczyty Alp!

No ale oprócz Ostatniej Wieczerzy i katedry, Mediolan ma całe mnóstwo innych atrakcji. Kolejną z nich było, sąsiadująca z katedrą przeszklona Galeria Vittorio Emanuele. Takie centrum handlowe sprzed półtora wieku, z butikami o horrendalnych cenach :-) W jego wnętrzu, w posadzce, umieszczono symbole 4 najważniejszych miast zjednoczonych Włoch: Mediolanu, Rzymu, Florencji i Turynu. W dobrym tonie jest nadepnięcie na jądra byka symbolizującego to ostatnie z miast :-) Sądząc po sporym wgnieceniu posadzki w odpowiednim miejscu - Mediolańczycy dbają o to by zachowywać się w dobrym tonie...

Chwilę później stanęliśmy przed wejściem do La Scali. Najsłynniejsza opera świata, której działalność zainaugurowało w 1778 przedstawienie opery Salieriego (tego od Mozarta :-), z zewnątrz prezentuje się... mizernie. Niestety wnętrza nie można oglądać, a nasz wakacyjny budżet pewnie nie wytrzymałby zakupu biletów na jakiekolwiek przedstawienie...

Potem powędrowaliśmy jeszcze w stronę via Brera, która słynie z małych galerii i sklepów z dziełami sztukami oraz z muzeum Pinacoteca di Brera. Muzeum sobie odpuściliśmy, a dzielnica jakoś nas nie zachwyciła. Jeszcze tylko spacer przez via Dante, na której końcu znajduje się spory zamek zwany Castello Sforzesco, park Sempione ("ulubione miejsce włóczęgów i prostytutek" - chyba faktycznie :-) i już byliśmy pod samochodem. Krótkie zakupy w supermercato, po których jakiś młodzian przymierzał się do wyrwania Mojej Pierwszej Żonie aparatu wziętego błędnie za torebkę i... w drogę!

Jeszcze tylko jedna ciekawostka o Mediolanie - jeżdżą tam żółte tramwaje. I to może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że spora część z nich to naprawdę zabytki! W Polsce takie tramwaje stanowią atrakcję turystyczną i wypuszczane są w sezonie za odrębnymi biletami, a tam... w codziennej służbie...

No a dalej już nudno... Autostrada, kontrola paszportów na granicy ze Szwajcarią, pilnowanie prędkościomierza na szwajcarskich autostradach, aby ostatecznie wjechać do Niemiec. I znów, wjeżdżając do Niemiec odczułem jakąś ulgę... Tak jakbym był już blisko domu... Nie umiem powiedzieć czemu...


 

Do góry

Dzień  21.     Stuttgart - Osnabrück

 

Chcąc zobaczyć się z rodziną, wydłużyliśmy nieco nasz powrót i zamiast wracać ze Stuttgartu prosto do Trójmiasta, zahaczyliśmy jeszcze o Osnabrück. Tyle, że chociaż był to niedługi 550. kilometrowy odcinek, zmęczył nas niemożebnie z powodu dość dużego ruchu (szczególnie ciężarowego), głównie w okolicach Frankfurtu.

No i ta pogoda: 18°C po 30 stopniowych upałach i zaciągnięte niebo, z którego cały czas padało wprowadziło nas w nieco depresyjny nastrój. Na szczęście odwiedzana rodzina zapewniła nam moc wrażeń i nie pozwoliła nam się nudzić tego wieczoru :-)


 

Do góry

Dzień  22.     Osnabrück - Gdańsk

 

To był już 4 dzień naszego powrotu z wakacji. Trochę długo. Tym bardziej, że znów nic szczególnie ciekawego się nie zdarzyło, pominąwszy spory korek. Tyle, że natknęliśmy się na niego nie w Niemczech, a w Polsce! Na fragmencie drogi w okolicach Nowogardu wprowadzono ruch wahadłowy i zrobiła się ogromna kolejka samochodów. Cóż - zdarza się... Ale ten sam odcinek drogi remontowany był, gdy w lutym tego roku jechaliśmy na narty... Pół roku... Słaby postęp prac... Nawet jak na Polskę...


No i tak minął kolejny urlop spędzony w drodze... Jak zwykle było super, ale.... chyba się starzeję - już coraz mniej odpowiada mi odpoczynek w trybie "na prawo Kraków, na lewo Częstochowa, jedziemy dalej...". Choć z drugiej strony - nie wyobrażam sobie siebie smażącego się przez tydzień (a co dopiero dwa!) gdzieś na plaży od rana do wieczora... Ciekawe co przyniesie kolejny rok...